czynnki szczęścia dziecka tkwiące w Środowisku pozarodzinnym
OKREŚLENIE SPOSOBU UJĘCIA TEMATU
Podobnie jak w przypadku rodziny analizować będziemy szczęście dziecka pod kątem jego rozwoju i przygotowania do życia. Zadania te realizowane są w kręgu oddziaływań wielu środowisk, jakkolwiek wpływy rodziny zaznaczają się najsilniej, czemu daliśmy wyraz omawiając niektóre problemy związane z jej funkcjonowaniem.
Dla lepszego zrozumienia miejsca i roli poszczególnych środowisk wychowawczych uwypuklenia wymagają związki, jakie między nimi zachodzą w różnych okresach życia dziecka. Najwcześniejsze są wpływy rodziny. Charakteryzuje je to, że nie kończą się one i nie słabną wówczas, gdy inne instytucje i grupy włączają dziecko w orbitę swoich oddziaływań. Związek z rodziną utrzymuje się także po dojściu przez dziecko do dorosłości. Jest więc ona jedyną grupą społeczną oddziałującą trwale i w sposób ciągły zaspokajającą potrzebę przynależności (afiliacji).
Jeżeli rodzina tej funkcji z różnych powodów nie spełnia, ulega zaburzeniu równowaga między jednostką i środowiskiem społecznym rozumianym szeroko {wszystkie instytucje, placówki i grupy społeczne, z którymi dziecko wchodzi w kontakt). Konsekwencje braku rodziny lub braku silnego oparcia w niej uwidaczniają się u wychowanków domów dziecka, u młodzieży oderwanej czy pozbawionej naturalnego środowiska rodzinnego, względnie posiadającej rodzinę, ale odrzucanej przez nią.
Ważny jest ■— o Czym była także mowa — nie tylko sam fakt posiadania rodziny, ale również jej jakość,
a przede wszystkim jej prestiż moralny, wysoki poziom kultury życia wewnątrzrodzinnego. Materialne warunki życia, do których przywiązuje się tak dużą wagę, zajmowane przez rodziców stanowisko nie wyznaczają jeszcze treści, które wzbogacają życie rodziny, określają jej rzeczywiste znaczenie i powagę w środowisku, mogą być przedmiotem dumy z przynależności do niej, dają jednostce moralne oparcie, wzmacniają jej poczucie godności osobistej. Każdy dorosły człowiek wie, jak wiele znaczy możność odwoływania się do rodzinnych tradycji, do właściwości, umiejętności i działań poszczególnych członków rodziny cenionych obecnie czy w przeszłości. Podświadomie czują to dzieci ze środowisk zdezorganizowanych, zdeprawowanych moralnie, które nie mają żadnych powodów do dumy ze swoich najbliższych. W ich opowiadaniach o rodzicach, czy jednym z nich (jeżeli np. ojciec nie jest znany), są wręcz rozpaczliwe próby przypisywania dorosłym pięknych cech, niekiedy nadzwyczajnych wyczynów. Nawet dzieci bardzo źle traktowane przez rodziców (bite, upokarzane, głodzone, wypędzane z domu) ukrywają te fakty, stają w ich obronie.
Dlaczego tak się dzieje? Dzieci w dostępny sobie sposób walczą o dobre imię swojej rodziny, ponieważ jest ona także ich wizytówką. Broniąc najbliższych broni się równocześnie siebie. Zadziwiający jest u dzieci zaniedbanych wychowawczo, pozbawionych wszystkiego ten silny instynkt bronienia tego, co w życiu człowieka stanowi jedną z największych wartości — owego pnia, z którego się pochodzi — rodziny. Do rzadkich należą sytuacje, kiedy dziecko porzucone przez rodzinę manifestuje swoją niechęć do niej czy pragnienie zemsty. Takim postawom towarzyszą już inne, dodatkowe zjawiska, na przykład: daleko posunięta demoralizacja, dewiacje charakterologiczne. Mogłoby się wydawać, że przedstawiony mechanizm obronny, bo tak to trzeba określić, stosowany przez dzieci, których rodzice nie spełniają swoich zadań i nie mogą być oceniani pozytywnie, jest dla dorosłych zrozumiały, że beż trudu potrafią oni wyjść dziecku naprzeciw i wskażą mu drogę do znalezienia własnego miejsca w społeczeństwie, umożliwią dokona- 135
nie takich wyborów, które pozwolą na potwierdzenie własnej wartości w innych dziedzinach życia. Na ogół jest jednak inaczej — przedstawianie swojej rodziny w jak najlepszym świetle przez dzieci ze środowisk zdezorganizowanych uważa się za skłonność do kłamstwa i wprowadzania innych w błąd. Dorośli, w tym i niektórzy wychowawcy, przenosząc na dzieci opinie o ich rodzicach, chcieliby, aby one również włączyły się do atmosfery potępienia, jaka wokół nich się tworzy, odmawiają im prawa do rehabilitacji swoich najbliższych.
Skłonność napiętnowania innych, przy równoczesnym bardzo złym znoszeniu sytuacji, w których jest się samemu napiętnowanym, można jakoś objaśnić (nie można jej jednak usprawiedliwić), natomiast w żaden sposób nie da się objaśnić w oparciu o przesłanki racjonalne skłonności do piętnowania dzieci i młodzieży.
Źródła tego zjawiska tkwią w niskim poziomie kultury pedagogicznej, w bezmyślności, a niekiedy w upodobaniu do wykorzystywania swojej przewagi nad słabszymi. Dziecko w każdej sytuacji jest słabsze i od dorosłych zależne.
Poświęciliśmy więcej uwagi dzieciom zaniedbanym wychowawczo, ponieważ i one powinny mieć swoje miejsce w rozważaniach nad szczęściem dziecka, właśnie dlatego, że z wielu przyczyn jest ono dla nich tak trudno dostępne. Uważamy również za swój obowiązek zwrócenie uwagi na sytuacje, które przyczyniają się do pogarszania ich warunków, pozycji w środowiskach wychowawczych, w grupie rówieśniczej. Należy podkreślić, że solidarność z rodziną, gotowość bronienia jej czy podjęcia walki o jej dobre imię nie jest rozwinięta w tak silnym stopniu u dzieci nadmiernie przez rodziców obdarzanych, wychowujących się w warunkach szczególnego uprzywilejowania, którym nie towarzyszą prawie żadne wymagania. Z tych kręgów wywodzą się niekiedy jednostki o postawach drastycznie krytycznych, tu rodzi się głębokie lekceważenie „starych", różne przedziwne sposoby ich określania, wymagające przede wszystkim bogatszego zasobu słów aniżeli ten, jaki posiadają na przykład wychowankowie domów dziecka.
0 wychowawczym funkcjonowaniu rodziny była mowa w poprzednich fragmentach książki. Do niektórych funkcji nawiązaliśmy ponownie dla podkreślenia długotrwałości jej wpływów. Jest to bardzo istotne dla całej problematyki życia dziecka w środowisku pozarodzinnym, ponieważ:
rodzina może wzbogacać proces wychowania dziecka w innych środowiskach, może pomagać mu w organizowaniu własnej pracy i przezwyciężaniu napotykanych trudności,
rodzina, przez kontakty z innymi środowiskami, może wzbogacać własną działalność wychowawczą, może usuwać z niej błędy i nieprawidłowości,
dopiero na tle innych środowisk wychowawczych rodzice mogą dostrzec, jak przebiega proces rozwoju
1 wychowania ich dziecka, jakie przejawia ono zdolności, jakie ma cechy, czym wyróżnia się spośród innych dzieci. Czynione obserwacje uwidaczniają zarówno dodatnie, jak i ujemne cechy dziecka, jego braki. Poszerza to rodzinny pryzmat widzenia spraw związanych z całym procesem rozwoju i wychowania młodego pokolenia.
Rodzice dokonują takich porównań, ale ich ukierunkowanie nie zawsze jest prawidłowe, a wprowadzane układy odniesienia właściwe. Wspominaliśmy o porównywaniu materialnych warunków życia dzieci i dążeniu do wyrównywania tych różnic, bez głębszego wnikania w sensowność tych poczynań. O innych konfrontacjach będziemy jeszcze mówić.
Ujęcie tematu w tym fragmencie książki charakteryzuje więc łączne traktowanie sytuacji rodzinnej i szkolnej dziecka oraz jego kontaktów z szerszym otoczeniem, głównie z grupami rówieśniczymi.
PIERWSZE POZARODZINNE KONTAKTY DZIECKA
Współcześnie kontakt dziecka ze środowiskiem pozarodzinnym zaczyna się bardzo wcześnie i od razu w dwóch podstawowych płaszczyznach: instytucji wychowawczej i grupy rówieśniczej. Skraca się okres podle- gania wyłącznie wpływom i ocenom domu, równocześnie zwielokrotnia się ilość bodźców i podniet docierających do dziecka. Zmusza je to do znacznie wcześniejszego przystosowywania się do różnych sytuacji społecznych. Wielorakie korzyści wynikające z poszerzania kręgów wpływów nie zmieniają faktu, że dla wielu dzieci jest to poważne obciążenie układu nerwowego, zwłaszcza wówczas, gdy rodzina nie zapewnia dziecku w stopniu dostatecznym bezpieczeństwa, nie zaspokaja jego potrzeb psychicznych i nie dba o racjonalny tryb życia, o dobry wypoczynek. Powszechne jest obecnie przekonanie, że przedszkole, pierwsza instytucja wychowania planowego, pobudza i wspomaga rozwój dzieci we wszystkich jego dziedzinach. Przedszkole coraz częściej przyczynia się do wyrównywania różnego rodzaju braków rozwojowych, co ma bardzo korzystny wpływ na późniejszą dojrzałość szkolną dziecka, a więc i na warunki, w jakich zaczyna się jego start szkolny. Jesteśmy w stanie uchwycić i poddać dokładnej analizie wiele dodatnich stron przedszkolnej edukacji. Nie mamy pełnej orientacji w ubocznych skutkach kilkugodzinnego kontaktu 3-latka z instytucją wychowania i grupą rówieśniczą. W tej sytuacji ścisła współpraca domu z przedszkolem oraz starannie przemyślany i konsekwentnie realizowany system wychowania w rodzinie nabiera ogromnego znaczenia. Wszelkie nieprawidłowości w postawach rodziców muszą rodzić uzasadniony niepokój, a podstaw do niego jest wiele. Niektórzy rodzice traktują przedszkole jak swoistą „przechowalnię" dziecka, w której ma ono nie tylko zapewnioną opiekę, wyżywienie, czas przeznaczony na odpoczynek, zabawę, ale może także lepiej rozwijać się. Świadomość, że „przedszkolak" jest bezpieczny i otoczony opieką wychowawczą, osłabia niekiedy rodzicielskie motywacje do zajmowania się dzieckiem, przebywania z nim, aktywnego uczestniczenia w jego rozwoju. Nie należy do rzadkości zbyt późne odbieranie dziecka z przedszkola, taka organizacja życia rodzinnego, że jego pobytowi w domu towarzyszy atmosfera nerwo-138 wości, napięcia, a obcowanie z nim rodziców ograni- czone jest do minimum. U dorosłych nie wykształca się nawyk i umiejętność współżycia z dzieckiem, toteż dni, w których przedszkole jest nieczynne, należą w takich rodzinach do bardzo trudnych: zarówno dorośli, jak i dziecko są sobą zmęczeni, wytrąceni z równowagi, nie potrafią się do siebie dostosować, nie mogą sobie znaleźć miejsca. Z badań wynika, że niektórzy rodzice „przedszkolaków" nie lubią niedzieli, ponieważ jej spokój zakłóca im dziecko, ono także ogranicza ich swobodę. Ale i cztero-pięciolatki mówią niekiedy, że wolą chodzić do przedszkola, bo jest w nim wesoło i „nikt nie krzyczy". W przedstawionej sytuacji dziecko w wieku przedszkolnym staje się w domu kłopotliwym sublokatorem, a jego więź z rodziną jest bardzo słaba. Sytuację pogarsza często dopominanie się samego dziecka o większe zainteresowanie nim. Przyzwyczajone w przedszkolu, że jest w centrum uwagi nauczycielki, stara się zwrócić ją na siebie również w domu. Robi to w sposób najbardziej dostępny, a więc grymasi, psoci, nie chce wykonywać drobnych poleceń. Dorośli nie potrafią opanować rozdrażnienia, gniewu. Stąd biorą się wspomniane uprzednio „krzyki". Z wywiadów przeprowadzanych przez nauczycielki przedszkoli w domach dzieci wynika, że niektóre „maluchy" zasypiają dopiero zmęczone płaczem. Tak więc przedszkole, instytucja pożądana i wiele dzieciom dająca, może osłabiać zainteresowanie rodziców procesem wychowania w rodzinie, może powodować przerzucanie wielu jej zadań na środowisko powołane do wychowywania, ale w swoich założeniach nie mające na celu zastępowania rodziny. Uzyskanie dla dziecka miejsca w przedszkolu, tak przecież wysoko cenione, kojarzy się nazbyt często wyłącznie z możnością wykonywania pracy zawodowej i dysponowania większą ilością czasu na realizację różnych własnych zamierzeń życiowych dorosłych. Są to niewątpliwie ważne aspekty sytuacji, ale czy tylko w takich kategoriach należy rzecz traktować? Czy nie kryje się za tym niebezpieczeństwo wypaczenia stosunku wobec ról rodzicielskich i związanych z nimi obowiązków? Czy ujmowanie sprawy jedynie 139 w kontekście udogodnień nie będzie służyło wzmocnieniu dążeń do poszerzania ich tak dalece, że wszelkie obowiązki wobec dziecka zaczną ciążyć, przeszkadzać? Już obecnie słyszy się narzekania na konieczność odprowadzania czy odwożenia dziecka do przedszkola i zabierania go z powrotem Jest to niewątpliwie czynność, która pochłania czas i narzuca pewien codzienny reżim, ogranicza indywidualną swobodę osoby dorosłej. Wynika ona jednak z samego faktu posiadania dziecka oraz z reguły z pragnienia' łączenia pracy zawodowej poza domem z rolą rodzinną. Jeżeli do tych dwóch wymienionych wartości: dziecko i aktywność zawodowa, a co za tym idzie niezależność materialna, możność sprawdzenia siebie także w sferze działań pozarodzinnych, podchodzi się z nastawieniem wyłącznie na trudności i obciążenia, popadanie w stresy wydaje się być nieuniknione. Każda, nawet najbardziej korzystna sytuacja życiowa, jeżeli będzie się do niej podchodziło z nastawieniem na trudności, zaczyna tracić swoje znaczenie, właściwy wymiar i walory. Poruszyliśmy przy okazji problem wykraczający poza główny temat książki, ale pośrednio jest on z nim związany, ponieważ od życiowej postawy dorosłych, ich samopoczucia bardzo wiele zależy w procesie wychowania młodego pokolenia. Widoczna u wielu osób dorosłych ambiwalencja dążeń i pragnień, nadmierna skłonność do koncentrowania się na ujemnych stronach sytuacji czy zjawisk, brak konsekwencji w ocenie rzeczy rzutują na postawy młodego pokolenia, które traci naturalną odporność na trudności, szybko ulega zniechęceniu, szybko „męczy się" i z łatwością odstępuje od wielu wartościowych zamierzeń. Nie lubimy tych cech u młodzieży, drażnią nas one, pytamy — skąd się to bierze? Chciałoby się odpowiedzieć nieco złośliwie — no właśnie, skąd? Nie zdajemy sobie w pełni sprawy z tego, że znacznie łatwiej jest zarazić młodzież malkontenctwem i ponu-ractwem, aniżeli ukształtować optymistyczny stosunek do życia. Umiejętność cieszenia się nim, o której była mowa w poprzednim fragmencie książki, rozwija się lub ulega stłumieniu we wczesnych latach życia. Wy- gaszona w dzieciństwie rzadko pojawia się później w formie naturalnej, spontanicznej. Poczucie humoru właściwe wielu osobom dorosłym mało ma niekiedy wspólnego z wewnętrznym optymizmem — częściej wynika ono „z wprawy w rzeczach smutnych", jest pewnego rodzaju sposobem bycia lub po prostu formą kamuflażu, którym pokrywa się brak radości życia. Bardzo małym dzieciom pogodna atmosfera domu jest równie potrzebna jak słońce, powietrze, a uśmiech rodziców wzmacnia poczucie bezpieczeństwa, od którego zależy w ogromnym stopniu prawidłowy rozwój emo-cjonalno-społeczny dziecka. Do zjawisk, które mogą niepokoić, należy również słabe zainteresowanie rodziców problemami związanymi z rozwojem i wychowaniem dzieci w wieku przedszkolnym. Dość szeroki zasięg ma przekonanie, że jest na to jeszcze „za wcześnie", natomiast interesuje rodziców odżywianie małych dzieci, a ich dolegliwości fizyczne rodzą natychmiast niepokój i skłaniają do szukania pomocy. Brak zainteresowania wychowaniem małego dziecka, ograniczanie się do jego pielęgnacji i zapewnienia mu opieki to pozostałość mentalności tradycyjnej, a także wyraz nieorientowania się w tym, co aktualnie wiadomo na temat rozwoju człowieka, czynników, które określają jego prawidłowy przebieg lub w różny sposób go opóźniają. Uważa się niekiedy, że występująca u dziecka w wieku przedszkolnym duża męczliwość, niesystematyczność, brak krytycyzmu, ubogi słownik, rozproszona uwaga czy trudności w zapamiętywaniu nie stanowią jeszcze podstawy do niepokoju, ponieważ w miarę wzrostu wymienione braki będą ustępowały. Na tej samej zasadzie lekceważy się niedostatki rozwoju emocjonalno-społecznego: konfliktowość, niezdyscyplinowanie, bierne podporządkowanie, brak inicjatywy, brak samodzielności, skłonność do wywoływania kłótni, nieśmiałość, brak dyspozycji do przeżywania radości (smutek). Rodzice twierdzą niekiedy, że samo wprowadzanie przy ocenianiu „parolatka" takich pojęć jak konfliktowość, niesystematyczność, brak samodzielności, brak krytycyzmu czy niezdyscyplinowanie jest nieporozumieniem, ponieważ „w tym wieku" nie należy zbyt wiele wymagać. Błędność stanowiska wynika z kilku przyczyn: rodzice niewiele wiedzą o wychowawczych zadaniach przedszkola, które mają służyć rozwojowi dzieci w wieku od 3 do 7 lat, a tam, gdzie jest to konieczne, powinny przyczyniać się do wyrównywania braków czy wychowawczych zaniedbań; w obu sytuacjach współpraca rodziny i przedszkola jest niezbędna, nie jest również uświadamiane to, że występujące u dzieci braki w rozwoju umysłowym, emocjonalnym, społecznym, motorycznym (sprawność) odbijają się niekorzystnie na gotowości do podjęcia obowiązku szkolnego, przez którą rozumie się „...taki moment w życiu dziecka i taki stan jego psychofizycznego rozwoju, który rokuje powodzenie w nauce" 1. Za kilka lat w przypadku trzylatka, a za rok dla pięcio- czy sześciolatka owe powodzenia lub ich brak staną się dla rodziców sprawą bardzo ważną, wówczas jednak w nowej dla dziecka sytuacji stopień trudności, jakie będzie musiało ono pokonać, znacznie się zwiększy; rodzice nie uwzględniają faktu, że nawet częściowe braki w rozwoju psychofizycznym małego dziecka nie ustępują bez ingerencji wychowawczej, a podjęcie obowiązku szkolnego przez 6-, 7-latka nie likwiduje ich w sposób automatyczny, lecz uwidacznia je i wzmacnia, tworząc jakościowo nową sytuację; nie dostrzega się także tego, że na występowanie braków w znacznym stopniu wpływa system wychowania w rodzinie, panująca w niej atmosfera, sposób traktowania dziecka. Wprowadzone w porę zmiany mogą dać pozytywne rezultaty właśnie w okresie przedszkolnym, kiedy dziecko nie podlega jeszcze ocenom wyrażanym w formie stopni, do których — jak wiadomo — przywiązuje się bardzo dużą wagę. Wobec ucznia I klasy powszechnej szkoły średniej stosuje się odmienne kryteria oceny, aniżeli wobec dziecka w przedszkolu. Szkoła, jeżeli ma realizować swoje zadania, musi kłaść większy nacisk na to, w jaki sposób uczeń spełnia stawiane mu wymagania. Dlatego też dojrzałość szkolną mierzy się w opar- 1 S. Hornowska Metody badań i kryteria dojrzałości szkolnej dzieci 6-letnich. „Psychologia Wychowawcza" 1974, nr 1, s. 77. ciu o dwa wskaźniki: aktualny rozwój psychofizyczny dziecka oraz wymagania szkoły i możność sprostania imł. W tym kontekście nie jest obojętne, czy dziecko kończące swój pobyt w przedszkolu potrafi wykazać się koncentracją uwagi na przedmiocie lekcji, zdyscyplinowaniem, inicjatywą i samodzielnością, umiejętnością współżycia i współdziałania w zespole rówieśniczym. Należy także pamiętać o tym, że uczeń I klasy zaczyna być oceniany w dwóch płaszczyznach: przez nauczycieli i przez kolegów. Dla dziecka nie mniej ważne, a niekiedy nawet ważniejsze, są te drugie oceny, ponieważ wyznaczają one jego miejsce w szkolnej społeczności, jednają mu przyjaciół lub wrogów, zapewniają akceptację środowiska rówieśniczego lub powodują odrzucenie przez nie. Sposób, w jaki dziecko jest traktowane przez kolegów, nie stanowi dla dorosłych większego problemu, chociaż jest im przykro, gdy sprawy układają się źle, zawsze jednak na ogół znajdują odpowiadające im sposoby wytłumaczenia mu, dlaczego nie powinno się tym przejmować. Dla dziecka sytuacja w grupie rówieśniczej ma zasadnicze znaczenie. Niechęć kolegów, ich drwiny czy odrzucenie urastają często do dramatu, rodzą niechęć do szkoły, do nauki, bywa i tak, że pozostawiają trwałe ślady w psychice. Są dorośli, którzy po wielu latach silniej przeżywają wspomnienia doznanych w okresie szkolnym upokorzeń czy odrzucenia aniżeli to, co ich spotyka, czy spotkało, ze strony otoczenia aktualnie.
ROZSZERZONE KRYTERIA POMYŚLNEGO PRZEBIEGU EDUKACJI SZKOLNEJ UCZNIA
Kojarzenie szkoły z nauką jest jak najbardziej prawidłowe, jednak sposób, w jaki się interpretuje przebieg nauki, rodzi często uzasadnione zastrzeżenia. Źródła błędnego w tej mierze stanowiska tkwią niekiedy w nastawieniach obu środowisk wychowawczych: rodziny i szkoły. Najczęściej obserwowanym ich przejawem jest nadmierna lub wyłączna koncentracja uwagi na uzyskiwanych przez ucznia stopniach. Poruszamy sprawę bardzo złożoną i niełatwą. Należy na wstępie zaznaczyć, że nie bagatelizujemy znaczenia dobrych ocen. Nie uważamy również, że uczeń nie po- winien o nie zabiegać, czy że rodzice nie powinni przywiązywać do nich wagi. Wystawianie stopni jest powszechnie stosowanym i uznawanym sposobem oceniania przyswojonych przez ucznia wiadomości oraz opanowanych umiejętności. Mimo licznych mankamentów stanowi w zasadzie jedyny miernik wkładu pracy ucznia i czynionych przez niego postępów. Z tego punktu widzenia stopień jest bardzo ważny. Nie jest jednak dobrze, jeżeli tak zwane dobre stopnie stają się celem samym w sobie i jedynym kryterium oceny ucznia. Taka postawa wobec całego procesu kilkunastoletniej edukacji szkolnej bardzo ów proces zubaża, niekiedy wypacza jego głęboki sens. Celem wychowania w szkole jest jak najpełniejszy rozwój osobowości ucznia. Proces dydaktyczno-wycho-wawczy w szkole powinien wyposażać ucznia w wiedzę, rozwijać umiejętność posługiwania się nią, wzbogacać język i rozwijać umiejętność wyrażania przy jego pomocy własnych myśli, poglądów, stanów psychicznych, wpływać na kształtowanie się poglądu ucznia na otaczający go świat, na aktywność intelektualną i zdolność samodzielnego dochodzenia do wiedzy, poszerzania jej i pogłębiania, uczyć logicznego myślenia. Zdobywanie wiedzy ma na celu nie tylko poznawanie rzeczywistości, ale także przygotowanie ucznia do jej przetwarzania, zmieniania przez podejmowanie celowych działań. Ukierunkowaniu tych działań służą rozbudzone i systematycznie rozwijane zainteresowania. Pamięciowe przyswajanie wiedzy bez jej intelektualnego przetwarzania, tak często towarzyszące uzyskiwaniu dobrych stopni, nie służy realizacji zadań, jakie stawia się przed wieloletnią edukacją szkolną dziecka, nie służy temu, co w całym tym procesie odgrywa rolę zasadniczą — nie uczy myślenia. Ktoś powie, i nie bez racji, że te sprawy powinny interesować nauczycieli, że do nich należy troska o efektywność nauczania, czyli o to, co z niego wynika dla umysłowego, społeczno-moralnego i kulturalnego rozwoju ucznia. Trudno jednak byłoby zgodzić się z twierdzeniem, że przebieg nauki szkolnej dziecka nie powinien interesować również rodziców, w każdym razie tych rodziców, dla których rozwój i wychowanie dziecka jest sprawą ich uczuć i poczucia odpowiedzialności. Dom we własnym zakresie może wiele zrobić dla wzbogacenia procesu uczenia się dziecka, może także wiele tu skomplikować. Uzdolnienia uczniów, ich intelektualne (umysłowe) możliwości są zróżnicowane. Toteż różny jest stopień trudności napotykanych przez dzieci i młodzież w wieku szkolnym. Sprawą o zasadniczym znaczeniu dla ich ogólnego rozwoju jest dobre rozeznanie w tym, co można nazwać „miarą możliwości indywidualnych" na danym etapie rozwoju i staranie się o to, aby w tych granicach jak najbardziej ten rozwój wspomagać. Zaniżanie wymagań, wynikające z błędnego oceniania możliwości dziecka lub z chęci chronienia go przed większym wysiłkiem nie pozwala na rozwinięcie się jego potencjalnych możliwości, osłabia je, niekiedy nawet tłumi. Narzucanie bardzo wysokich wymagań, często przy bezpodstawnym zakładaniu wysokich, czy niekiedy nawet wybitnych, uzdolnień uniemożliwia przyswojenie niezbędnego minimum wiedzy i umiejętności, które stanowią punkt wyjścia do dalszego ich rozwijania i wzbogacania. Najlepiej zorganizowany proces nauczania, bez aktywnego, świadomego udziału w nim samego ucznia, nie da pożądanych rezultatów. Jednym z ważnych elementów aktywności ucznia jest dostrzeganie własnych braków oraz umiejętność usuwania ich. Te właściwości rozwijają się w prawidłowo przebiegającym procesie wychowania, natomiast nie wykształcają się tam, gdzie wychowawcy nie przywiązują do nich wagi lub doszukują się przyczyn trudności nie w tym, co je rzeczywiście powoduje, lecz mają na ten temat różne własne „teorie". Znane jest zjawisko rozbieżności poglądów między rodzicami i nauczycielami co do uzdolnień lub pracowitości ucznia. Nie chcemy w tym miejscu przesądzać, kto ma w tych sporach czy kontrowersjach rację. Bywa różnie. Chodzi nam przede wszystkim o zwrócenie uwagi na dość częstą ich bezprzedmiotowość, ponieważ przyczyny trudności ucznia na ogół wiążą się z czym innym. Dziecku mniej zdolnemu lub zdolnemu 152 przeciętnie przypisuje się większe możliwości. Od dzie- cka zdolnego wymaga się zbyt mało uważając, że zdolnościami wyrówna brak systematyczności w pracy, brak pilności. Najgorsze w takich sytuacjach jest to, że sprawa z reguły wydaje się prosta, ponieważ tak rodzice, jak i nauczyciele, zakładają, że znają dziecko, chociaż najczęściej jest to znajomość pozorna, fragmentaryczna, oparta na powierzchownych obserwacjach i równie powierzchownych sądach. Dokładne poznanie właściwości dziecka wymaga bardzo wnikliwej, obiektywnej obserwacji, do której nie zawsze rodzice i nauczyciele są przygotowani. Ścisła współpraca, dzielenie się spostrzeżeniami bez kategorycznego przesądzania o czymkolwiek, wzajemne zaufanie chronią obydwa środowiska wychowawcze przed popełnianiem błędów, których konsekwencje ponosi dziecko. Wszędzie tam, gdzie pojawia się u wychowawców (rodzice, nauczyciele) niepokój czy niezadowolenie z osiąganych przez ucznia wyników, konieczne jest jasne sprecyzowanie jego przedmiotu, odniesienie sprawy dó możliwości ucznia oraz określenie przyczyn trudności, jakie on napotyka. Te elementy postępowania diagnostycznego zapobiegają formułowaniu sądów pozbawionych podbudowy faktograficznej. Rodzice śledząc przebieg nauki szkolnej dziecka ograniczają się często do stereotypowych pytań: „co dzisiaj dostałeś?" lub „jak tam dzisiaj było w szkole?". W obu przypadkach chodzi o stopień. Otrzymana dobra czy bardzo dobra ocena uspokaja, ocena słaba lub niedostateczna rodzi irytację i niezadowolenie. Toteż większość dzieci wracających ze szkoły do domu skoncentrowana jest na tym, jak uniknąć podobnych pytań, czy co zrobić, aby ukryć niepowodzenie względnie osłabić jego efekt. Stąd biorą się często oskarżenia nauczycieli, zgłaszane przez ucznia pretensje do szkoły. Część rodziców podchwytuje je, ponieważ taka reakcja ułatwia pogodzenie się z niepowodzeniem dziecka, w sposób prosty naświetla sytuację. Są dzieci, które zgłaszają w domu swoje wątpliwości co do otrzymanej oceny dobrej lub bardzo dobrej. Dorośli uważają je za „dziwne", nie rozumiejąc, że jest to pozytywny przejaw krytycyzmu w stosunku do sie- 153 bie, do sytuacji stwarzanych przez inne osoby. Czasami coś się po prostu „udaje" lub w porównaniu z innymi wypada się lepiej. Dziecko ambitne, inteligentne nie lubi takich sytuacji. Mały lawirant będzie z niej zadowolony, bo przecież ta czwórka czy piątka „liczy się" w dzienniku. Można przytaczać wiele przykładów „mijania się" dzieci z dorosłymi. Przy wszelkich pozorach bliskości dystans, który dzieli, powiększa się, a wzajemna znajomość jest coraz bardziej problematyczna. Trudności wobec których stają niektórzy rodzice, wiążą się z brakiem pełnego rozeznania w tym, co dziecko przeżywa, co umie, jak potrafi posiadaną wiedzę przedstawić, w jaki sposób posługuje się nią w sytuacjach szkolnych. Widząc kilkugodzinne przygotowanie do lekcji w domu sądzą, że powinno ono być uwieńczone pozytywną oceną. Nie dostrzegają, że jest to niekiedy tak zwane nieprzytomne kucie na pamięć, a wywołane nim zmęczenie jeszcze bardziej utrudnia wykazanie się czymkolwiek. Koncentracja na uzyskiwanych ocenach jako celu samym w sobie rodzi sytuację uwikłania dla dziecka, odwraca jego uwagę od innych zainteresowań i form aktywności, niezbędnych dla pełnego, bogatego rozwoju osobowości młodego człowieka. Zachowanie właściwych proporcji między dobrymi wynikami w nauce a prawidłowym przebiegiem całego procesu wychowania to jeden z najtrudniejszych problemów szkolnego okresu dziecka, który trwając kilkanaście lat kończy się nie tylko zdobyciem świadectwa dojrzałości czy dyplomu ukończenia jakiejś szkoły ponadpodstawowej, ale również otrzymaniem dowodu osobistego, co jest niejako „pasowaniem" młodego człowieka na obywatela, aktem społecznego uznania jego dorosłości. Otóż dorosłości nie da się zmierzyć uzyskiwanymi w szkole stopniami. Jest to pojęcie treściowo bogate i złożone. Mówiąc najogólniej dorosłość wyraża się w intelektualnej i emocjonalno-społecznej dojrzałości do podjęcia ról społecznych i związanych z nimi obowiązków, towarzyszącej im odpowiedzialności. Odpowiedzialność jako jedną z cech dojrzałej osobowości należy wyeksponować szczególnie silnie, ponie-154 waż wyznacza ona bieg życia młodego człowieka we wszystkich jego dziedzinach, wyznacza często także koleje losu tych, z którymi się on wiąże. Zarówno wybór kierunku dalszej nauki i związany z tym wybór przyszłego zawodu, jak i rodzaj pracy, którą się chce rozpocząć, wyrażanie siebie w różnych formach społecznej aktywności wymagają podejmowania decyzji. Zdobyta w szkole wiedza, opanowane umiejętności, ukształtowane poglądy i postawy, rozbudzone i rozwinięte zainteresowania to te składniki psychospołecznego wyposażenia młodego człowieka, które służą dokonywaniu prawidłowych wyborów. Wszelkie braki w wymienionych zakresach zwiększają niebezpieczeństwo pomyłek czy błędnych decyzji. Człowiek doświadczony, jeżeli potrafi ocenić koleje własnego życia obiektywnie, może określić, co przepadło z jego winy, z winy innych czy jakiegoś szczególnie niesprzyjającego zbiegu okoliczności. Lekceważenie nauki należy do tych komponentów postawy w wieku szkolnym, których skutki łatwo da się ocenić. Trudniej określić, dlaczego popełniło się tyle błędów i dokonało tak wiele fałszywych wyborów w sytuacji, gdy jej przebieg był bardzo korzystny. • Bezpośrednie zetknięcie z życiem przekonuje często, że: wiedza przyswajana niegdyś pamięciowo jest mało przydatna, a energia zużyta na walkę o stopnie była marnotrawstwem sił i czasu; brak zainteresowań uniemożliwia podjęcie decyzji co do wyboru zawodu i nie sprzyja ukierunkowaniu działalności zgodnie z upodobaniami, zamiłowaniami i pasjami. Skazuje to na aktywność w przypadkowych dziedzinach, na występowanie w rolach, do których się „nie przystaje", na brak satysfakcji z tego, co mimo wszystko wymaga pewnego przynajmniej wysiłku. Poczucie braku szansy rodzi zniechęcenie, stan wewnętrznego napięcia, potrzebę manifestowania niezadowolenia z sytuacji, w których musi się uczestniczyć i czynności, które trzeba wykonywać. W każdym niemal zawodzie spotyka się ludzi o nakreślonych postawach; niedojrzałość emocjonalno-społeczna utrudnia nawiązywanie kontaktów z innymi ludźmi, współżycie z nimi zgodnie z obowiązującymi normami moralnymi, obyczajowymi, prawnymi. Braki w tej dziedzinie odczuwane są najdotkliwiej w sferze układów i związków prywatnych, które w życiu dorosłego człowieka nabierają nowego, szczególnego znaczenia. Niski poziom kultury osobistej, nieobycie udaremniają realizację wielu zamierzeń związanych z aspiracjami natury ambicjonalnej; — brak dyspozycji do uczuciowego wiązania się z ludźmi nie pozwala na zaspokajanie podstawowych potrzeb psychicznych, ponieważ samemu nie jest się w stanie wczuć w potrzeby innych osób lub robi się to zdawkowo, w sposób, który bardziej drażni, aniżeli zespala. Niektóre osoby dorosłe, mimo upływu lat, nie mogą wyzwolić się z postawy egocentryzmu właściwej dla okresu wczesnego dzieciństwa. Charakteryzuje je nadmierna koncentracja na sobie, ujmowanie problemów otaczającego świata z punktu widzenia własnej osoby, przejawianie zainteresowania głównie tym, co uważa się za ważne osobiście. Egocentryzm u małego dziecka wynika z niedojrzałości emocjonalno-społecznej, z nieuświadamiania sobie związków, jakie łączą jednostkę z otoczeniem, potrzeby wzajemności w kontaktach społecznych. Egocentryzm człowieka dorosłego stanowi wyraz utrwalonych na przestrzeni lat dyspozycji psychicznych, które nie tylko nie uległy modyfikacji pod wpływem oddziaływań wychowawczych, ale zostały wzmocnione innymi dodatkowymi czynnikami. Wymieniliśmy tylko pewne braki w rozwoju osobowości, które w znacznym stopniu rzutują na koleje losu człowieka, na jego subiektywną ocenę własnej życiowej sytuacji, tego, co się osiągnęło, w jakim stopniu zrealizowało się swoje oczekiwania, zaspokoiło swoje pragnienia i aspiracje. Nawet w tak skrótowym ujęciu uwidaczniała się złożoność i wieloaspektowość procesu wychowania w wieku szkolnym dziecka. Jest on przedmiotem troski i działań pedagogicznych nauczycieli, ale nie może się obyć bez udziału rodziców. Zawężanie go przez dom do jakiejś jednej sprawy, na przykład stopni, wprowadza czynnik utrudnienia, którego konsekwencje przedstawiliśmy. Ocenom szkolnym poświęciliśmy więcej uwagi z jeszcze jednego względu. Dostateczne wyniki w nauce traktowane są jako wyraz czy przejaw „przeciętności" ucznia, a więc jako coś, co go w poważnym stopniu dyskwalifikuje. Nie wnika się przy tym w jego intelektualne i psychofizyczne możliwości, nie uwzględnia się warunków, w jakich uczeń żyje i pracuje. Określenie „przeciętność" przeniesiono na teren szkoły z innych dziedzin życia społecznego, w których to ma miejsce wykonywanie określonych czynności poniżej możliwości człowieka, bez większego zaangażowania, bez troski o jakość tego, co się robi. Niewątpliwie lepszym określeniem w takich przypadkach byłaby nie „przeciętność", a „bylejakość", bo przecież do tego się rzecz sprowadza. Ten ostatni wyraz jest prawdopodobnie zbyt drastyczny, jak na określanie postaw dorosłych. Zabiegi typu nieco kurtuazyjnego wobec części starszego pokolenia nie oznaczają jednak, że pewne określenia można bez żadnych zastrzeżeń przenosić na teren sytuacji wychowawczych, które mają charakter bardzo złożony i ich kształtowanie się nie zależy wyłącznie od dobrej czy złej woli lub chęci wychowanka. Dla części dzieci i młodzieży szkolnej otrzymywanie ocen dostatecznych stanowi z różnych powodów wyraz maksymalnego wysiłku. W takich sytuacjach nie może być mowy o robieniu czegoś połowicznie, bez zaangażowania, bez wykazania się dobrą wolą czy poczuciem obowiązku. Nie ma więc również żadnych podstaw do dyskwalifikowania dziecka. Jeżeli uczeń zdolny, w korzystnych dla rozwoju warunkach, nie wykazuje zainteresowania nauką, wykonuje swoje podstawowe obowiązki w sposób lekceważący, mamy do czynienia z takim samym zjawiskiem, jak w przypadku wspomnianej uprzednio „bylejakoś-ci" niektórych dorosłych. I to daje podstawy do wypowiadania sądów krytycznych.
SZKOLNE LATA DZIECKA
UWAGI OGÓLNE Kilkanaście lat życia człowieka spędzonych w szkole można oceniać pod różnymi kątami widzenia. W każdej dziedzinie jest to okres o decydującym znaczeniu dla całej późniejszej egzystencji jednostki i niesłusznie traktuje się go często wyłącznie jako coś, przez co „trzeba przejść". Dla niektórych rodziców najważniejsze są w tym czasie postępy dziecka w nauce i takie 1 Por. B. Wilgocka-Okoń Dojrzałość szkolna a Środowisko. Warszawa 1972, s. 9. jego zachowanie, które nie sprawia kłopotów szkole i rodzinie. Ta najbardziej uproszczona interpretacja szkolnych lat dziecka, chociaż pozornie logiczna i uzasadniona, kryje w sobie poważne niebezpieczeństwa i wiele rodzin doznało już rozczarowania. Dziecko spokojne, nie sprawiające trudności okazało się po dojściu do pełnoletności człowiekiem biernym, nie przejawiającym inicjatywy, mało zaradnym, nie umiejącym nawiązywać kontaktów z innymi ludźmi, szczególnie podatnym na stresy, frustracje. Dobry czy bardzo dobry uczeń okazuje się niekiedy człowiekiem właściwie pozbawionym zainteresowań, pasji, w gruncie rzeczy mało inteligentnym, bez pomysłów i twórczej inicjatywy. Zastanawiamy się wówczas, dlaczego tak jest, co spowodowało, że dobrze zapowiadający się młody człowiek wyrósł na zupełnie przeciętną dorosłą osobę. Rodzice szukają niekiedy przyczyn w sytuacjach obiektywnych. Mówi się o niedocenianiu już dorosłego dziecka, o braku możliwości wykazania się umiejętnościami i kwalifikacjami, o złych stosunkach międzyludzkich itp. Jest to znowu znany nam już mechanizm ułatwień w sposobie interpretowania sytuacji, który niczego jednak nie zmienia, ponieważ na ogół sam zainteresowany nie bardzo wie, czym mógłby się wykazać, co potrafi robić rzeczywiście dobrze, co go tak naprawdę interesuje. Kurczowe trzymanie się teorii braku szansy zaciążyło już niekorzystnie na całym życiu niejednego człowieka, wypaczyło je, wypaczyło również obraz indywidualnej egzystencji. Jest zasadnicza różnica między uświadamianiem sobie własnych braków w jakiejś dziedzinie (w innej można mieć przecież autentyczną przewagę nad otoczeniem), niemożnością realizowania pewnych dążeń i zaspokajania pewnych ambicji w wyniku nieposiadania określonych uzdolnień a przekonaniem, że jedynie obiektywne sytuacje spychają nas na „życiowy boczny tor". Cóż to zresztą znaczy ów „boczny tor"? Jeżeli można robić coś społecznie użyteeznego i potrzebnego, jeżeli robi się to dobrze i zapewnia się sobie przy tym podstawy materialnej egzystencji nie ma, żadnych „bocznych torów", jest tylko inny rodzaj pracy, inna społeczna sytuacja, często bardziej stabilna i jednająca szacunek, aniżeli „bylejakość" działania w dziedzinach, które nie zawsze słusznie uważa się za bardzo atrakcyjne i satysfakcjonujące. Aby uniknąć później bolesnych często rozczarowań, aby samo dziecko nie czuło się jako człowiek dorosły oszukane i zawiedzione, na jego szkolne lata należy patrzeć przez szeroki i jak najobiektywniejszy pryzmat wszystkich problemów tego okresu. A jest on trudny dla samych dorastających, wymaga mądrego stymulowania i rozsądnej pomocy ze strony dorosłych. Najbardziej zaszkodzić mogą oni wówczas, gdy wprowadzają zbędne ułatwienia lub widząc trudności i niepowodzenia dziecka zaczynają je dyskwalifikować, sądząc, że jest to bodziec wychowawczo mobilizujący.
TRUDNOŚCI TOWARZYSZĄCE PODEJMOWANIU OBOWIĄZKU SZKOLNEGO
Wychodząc od problemów wieku przedszkolnego i dojrzałości szkolnej chcieliśmy zwrócić uwagę rodziców na wychowawcze zadania przedszkola i związki, jakie zachodzą między nim a drugą z kolei instytucją wychowania planowego — szkołą. Staraliśmy się także podkreślić konieczność współpracy rodziców z przedszkolem — dla dobra dziecka i z myślą o jego dalszym pomyślnym rozwoju. Szersze omawianie problemu wykracza poza ramy książki. Sądzimy jednak, że rodzice, którym szczęście dziecka leży na sercu, zechcą zwrócić uwagę na poruszone sprawy i znajdą czas na zainteresowanie się nimi; może nawet sięgną po jakąś literaturę. Rzeczą najważniejszą jednak byłoby podjęcie próby nieco innego spojrzenia na własne małe dziecko, odejście od schematów oceniania w kategoriach „dobre" lub „złe" (bo grymasi, jest płaczliwe, nie chce się słuchać, nie umie się bawić z innymi dziećmi itp.). Jeszcze raz podkreślamy, że takie subiektywne oceny mogą źle ukierunkowywać poczynania wychowawcze rodziców. Posłużymy się dwoma przykładami: — dzieci słabsze fizycznie, podatne na choroby wydelikaca się jeszcze bardziej, zamiast je stopniowo, roz- 10 Szczęście dziecka sądnie hartować, uodpamiać, wzmacniać fizycznie i psychicznie. Bardziej wierzy się radom osób postronnych, aniżeli zaleceniom lekarza. Większe zaufanie ma się do własnego „wyczucia", aniżeli do wskazań pediatry; — dzieci nieśmiałe i nieporadne chroni się od kontaktów z rówieśnikami, otacza nadmierną troskliwością, wpaja się im przekonanie, że nie muszą zdobywać się na żaden wysiłek, ponieważ wszystko zrobi mama i to najlepiej. Przejawy takiej nadmiernej, niekiedy wręcz chorobliwej opiekuńczości zarejestrowaliśmy niejednokrotnie w badaniach z ostatnich lat. Częściej występują one u matek mających synów. Widocznie taki malutki nieporadny mężczyzna rozczula i w ten sposób wzmacnia instynkt opiekuńczy. Wyrządzana chłopczykowi krzywda nie jest już brana pod uwagę. Toteż nierzadko obserwuje się w przedszkolach sytuacje, kiedy mimo czujności nauczycielki jakiś chłopczyk staje się „ofiarą" innych dzieci, często dziewczynek, zwłaszcza tych śmiałych, energicznych, aktywnych. Powstaje sytuacja paradoksalna — dorosła kobieta--matka robi wszystko, aby synka ochronić, utrzymać w stanie nieporadności, a małe kobietki-kołeżanki (3-, 4-letnie) dają mu na każdym kroku do zrozumienia, że jest nieporadny, że niczego nie potrafi zrobić, że przeszkadza w zabawie i umie się tylko „mazać". Ciężki jest niekiedy los „mężczyzny-przedszkolaka", jeżeli matka i babcia powodowane źle rozumianą miłością i troskliwością robią z niego „życiową ofiarę". Nauczycielka staje w obronie dziecka, ale jest to także kobieta. Jak się w tym świecie kobiet może ustawić taki maluch, żeby mu one nie obrzydły już we wczesnym dzieciństwie? Ojcowie uważają często, że kontakt z małym dzieckiem to przede wszystkim sprawa matki. Jest to również pozostałość tradycyjnego sposobu myślenia. Tak rzeczywiście na przestrzeni dziejów bywało, że pierwsze lata życia dziecko spędzało w otoczeniu kobiet. Ale przychodził czas, kiedy edukacją chłopców zaczynali zajmować się mężczyźni. W różnych kręgach kulturowych i różnych epokach proces ten organizowany był odmiennie, ale istniała zgodność co do tego, że chłopiec musi w jakimś okresie swojego rozwoju przejść pod wpływy mężczyzn, którzy pomogą mu stać się mężczyzną w społecznym tego słowa rozumieniu, przygotują go do przyszłych ról zawodowych, obywatelskich. Obecnie dominacja kobiet w dziedzinie wychowania dzieci obojga płci nie ulega wątpliwości. Należy również podkreślić, że nie znamy wszystkich tego stanu rzeczy konsekwencji. Trudno to nawet badać, ponieważ feminizacja niektórych zawodów (nauczycielski, lekarski) ma tak szeroki zasięg we współczesnych społeczeństwach, że brak jest skali porównawczej. Można jednak przytaczać wiele argumentów za koniecznością zwiększenia roli i udziału ojca w procesie wychowania rodzinnego, szczególnie jeżeli chodzi o wychowanie chłopców. Trudność związana z realizacją postulatu włączenia ojców do procesu wychowania w rodzinie polega na tym, że w świadomości naszej nadal silnie zakorzenione jest przekonanie, iż ta dziedzina życia stanowi domenę kobiety. Zapomina się przy tym, że żyjemy w warunkach całkowicie odmiennych od tych, jakie miały miejsce niegdyś i sprawa wychowania młodego pokolenia w rodzinie musi być rozwiązywana inaczej. Nie kwestionując udziału kobiet i tego, co one wnoszą do tego procesu, konieczne jest jasne określenie w nim roli mężczyzny. Nie chodzi tu oczywiście o przywrócenie dawnych, niekiedy pozornych autorytetów, o znane „straszenie" dzieci ojcem itp. Na temat nieskuteczności tego rodzaju zabiegów napisano już wiele prac. Rzecz jest znana również z doświadczeń licznych rodzin. Potrzebny jest autentyczny autorytet mężczyzny, jego . wzór osobowy, z którym chłopiec mógłby się w jakimś ■ stopniu identyfikować; potrzebne są także te właściwości, których często nie posiadają kobiety, a jeśli je mają, to w formie nieco przerysowanej lub skrajnej. Chodzi o większe zdystansowanie wobec dziecka i jego problemów, bardziej rzeczowy i zobiektywizowany stosunek do niego, mniejszą skłonność do egzaltacji i udziwniania sytuacji wychowawczych, silniejsze dyspozycje do koncentrowania się na zjawiskach otaczającego świata, mniejszą podatność na uwikłanie w rodzinną codzienność. Wymienione cechy poszerzają płaszczyznę kontaktów dziecka z ojcem, wpływają dodatnio na atmosferę domu, wzbogacają proces wychowania 147 dzieci, wnoszą do życia rodzinnego nowe cenne wartości. Dziecko 6-, 7-letnie dojrzałe do podjęcia obowiązku szkolnego łatwiej przystosowuje się do nowych sytuacji, których szkoła stwarza wiele. Zmienia się osoba dorosła, kierująca procesem wychowania, zmienia się tryb życia dziecka — wprawdzie skróceniu ulega liczba godzin spędzanych pod opieką i kierunkiem nauczyciela, ale jeżeli dziecko korzysta ze świetlicy szkolnej, to w ciągu tego samego dnia przechodzi ono pod opiekę innej osoby dorosłej. Między tym, co dzieje się na lekcjach, a tym, co daje świetlica, jest duża rozbieżność. W obu sytuacjach wymaga się jednak od dziecka sprostania stawianym wymaganiom, podporządkowania pewnym rygorom. Zmienia się również otoczenie rówieśnicze. Nawet, jeżeli w I klasie jest grupa dzieci z tego samego przedszkola, a więc już znanych, dochodzą również inne; klasa najmłodsza wtopiona jest w dużą, niekiedy wielką, zróżnicowaną pod względem wieku uczniowską społeczność szkolną. Dziecko po raz pierwszy znajduje się w tak wielkiej, obcej mu zbiorowości. Jeżeli jest śmiałe, zaradne, pomysłowe, nie boi się dzieci i obcych osób dorosłych, czuje się niekiedy, jak przysłowiowa „ryba w wodzie". Poznawanie nowych rzeczy, radzenie sobie w nowych sytuacjach, zawieranie nowych znajomości daję wiele wrażeń i radości. Dziecko nieśmiałe, mało samodzielne, niezaradne będzie się czuło zagubione, przerażone. Dziecko skłonne do zachowań agresywnych, konfliktowe nie znajdzie sobie nowych kolegów chętnych do wspólnej zabawy, nauki. Konfliktowość i agresywność jest często przyczyną odrzucania przez rówieśników, a to dzieci przeżywają bardzo silnie. Wiele dzieci przekazuje rodzicom przeżycia szkolne. Ich trudności i niepowodzenia odbierane są przez dorosłych na ogół albo w aspekcie krytycznym wobec szkoły, nauczycieli albo wywołują niezadowolenie z dziecka. Obydwie reakcje mają charakter spontaniczny, żywiołowy, nie występuje w nich element diagnostycznego podejścia do sprawy, toteż nie wzbogacają wiedzy rodziców o dziecku, jego możliwościach i brakach, nie pomagają mu w rozwiązywaniu trudnych problemów, często natomiast wzmacniają zachowania niewłaściwe lub podpowiadają nowe równie niepożądane formy reakcji. Z licznych w naszym kraju badań nad przyczynami niepowodzeń szkolnych uczniów wynika, że większość z nich napotkało różnego rodzaju trudności już w I—II klasie szkoły podstawowej. Sytuacje towarzyszące wchodzeniu dziecka w obowiązek szkolny, nawet przy bardzo pomyślnym układzie, stanowią dla niego duże obciążenie fizyczne i psychiczne. Pomijając już konieczność przystosowania się do nowych sytuacji, pokonywania nawet drobnych trudności, a niekiedy są one poważne, sama ilość wrażeń, jakich dostarcza życie szkolne, jest męcząca. Wynika stąd potrzeba bardzo starannego kontrolowania i dawkowania bodźców dostarczanych przez środowisko rodzinne, środki masowego przekazu. Ciekawy materiał badawczy uzyskała w swojej pracy dyplomowej Anna Kozieronek1. Analizując sytuacje szkolne i rodzinne 30-osobowej grupy uczniów II klasy szkoły podstawowej wyodrębniła ośmioro dzieci osiągających słabe wyniki w nauce. W rodzinach badanych uczniów występowały liczne braki i nieprawidłowości. Były w tej grupie dzieci otaczane nadmierną opieką i całkowicie pozbawione samodzielności oraz dzieci, którym rodzina pozostawiała zupełną swobodę, nie wprowadzała żadnych ograniczeń czy wymagań. Wymienionym błędom towarzyszyło niezrównoważe-nie emocjonalne rodziców, zmienność ich nastrojów, niekonsekwencja. Same matki stwierdzały, że ich dzieci są bierne, nie przejawiają inicjatywy, niechętnie podejmują jakiekolwiek prace domowe lub wykonują tylko to, co wiąże się z najprostszym obsłużeniem siebie. Dzieci także były niezrównoważone, skłonne do wybuchów złości. Rodzice cofali się w takich sytuacjach, ustępowali w obawie, aby nie denerwować dziecka „jeszcze bardziej". Tryb życia dzieci w rodzinie nie był dostosowany do żadnych zasad racjonalnej organizacji. Pozwalano im oglądać wszystkie programy 1 A. Kozieronek Wpływ wychowawczy rodziny na niektóre przejawy dojrzałości szkolnej. Praca magisterska pod kierunkiem autorki książki. Uniwersytet Warszawski. Warszawa 1977. Maszynopis. telewizyjne bez żadnych ograniczeń, uczestniczyły w towarzyskich spotkaniach rodziców. Badane dzieci surowo karano fizycznie, ale tylko wówczas, gdy rodzicami powodowało zdenerwowanie. Między dorosłymi brak było zgodności poglądów na wychowanie dzieci. Matki decydowały o tym, co jest dla nich „dobre" i właściwe. Dzieci, których sytuację rodzinną przedstawiliśmy, wykazywały braki w rozwoju emocjonalno-społecznym już w przedszkolu, jednak dom nie interesował się tym. Rodziny dzieci nie należały do tak zwanego marginesu społecznego. Są to środowiska normalne, nieźle sytuowane materialnie, żyjące w dobrych warunkach mieszkaniowych. Oboje rodzice pracowali. Czwórka badanych dzieci to jedynacy. W zasadzie wszystko przemawia za tym, aby dzieci otaczano właściwą opieką wychowawczą. Brak troski o ich wychowanie zaciążył na szkolnej sytuacji. Winą za niepomyślny początek edukacji rodzice obciążają dzieci. Czy słusznie? Można mieć wątpliwości, czy przykład ośmiorga dzieci jest dostatecznie przekonujący. Ale jeżeli stanowią one jedną czwartą klasy? I gdyby w każdej klasie była podobna sytuacja? Społeczna skala problemów wychowawczych zarysowałaby się bardzo niepokojąco, a liczba dzieci w wieku szkolnym, uwikłanych w trudności i niepowodzenia zwielokrotniłaby się. Jak w takiej sytuacji mówić o szczęściu dziecka w szerszej społecznej skali?