NIEKTÓRE PRZYCZYNY TRUDNOŚCI W NAWIĄZANIU KONTAKTU WYCHOWAWCZEGO
Jedną z przyczyn utrudniających porozumienie się między pokoleniami jest przedstawianie się wychowywanym w świetle szczególnie korzystnym, odżegnywanie się od popełniania w ich wieku jakichkolwiek błędów i wykroczeń, mniej lub bardziej świadome kreowanie się na „ideał", któremu nigdy nie zdarzały się poczynania nierozważne czy niepoważne, lekkomyślne. Znikoma jest przydatność zabiegów „wybielających", ponieważ młode pokolenie ceni dorosłych za aktualną postawę, za to, co sobą faktycznie reprezentują, a nie za „świetlane wizje" trudnej do sprawdzenia przeszłości.
Podobnie jest z wszelkimi porównaniami. Określenia „dawniej", „za moich czasów", „jak byłem w twoim wieku", mają rację bytu jedynie wówczas, gdy dzielimy się z dziećmi wspomnieniami. Jest to cenny składnik życia rodzinnego, jednak nie można wspomnień traktować jako środka okazjonalnie do czegoś mobilizującego czy pozwalającego na wyrażanie niezadowolenia z dziecka. Porównania, przy których z góry zakłada się, że ktoś musi wypaść lepiej, a ktoś gorzej, drażnią i rodzą sprzeciw.
1 Terencjusz (II w. p.n.e.) — komediopisarz rzymski.
Na dwa negatywne skutki takiej „metody" wychowawczej warto zwrócić uwagę. Automatycznie wyłączona zostaje płaszczyzna szczerej rozmowy na wiele ważnych tematów. Młodemu pokoleniu daje się do zrozumienia, że jest „gorsze", „mniej udane", bardziej podatne na wszelkiego rodzaju „złe" wpływy. Rodzi to niekiedy bunt i skłonność do manifestowania tego, że jest się „gorszym". Pedagodzy znają ten niepożądany sposób wyrażania siebie przez młodzież i wszystkie wynikające z niego negatywne konsekwencje. W stosunkach międzyludzkich stawianie siebie za wzór w ogóle jest żenujące i drażni; w sytuacjach wychowawczych stanowi ono czynnik komplikujący wiele spraw i daje efekty odwrotne do pożądanych. Trzeba pamiętać o tym, że każde pokolenie ma swoją epokę, która określa warunki życia, ukierunkowuje dążenia, kształtuje poglądy, potrzeby. Wychowanie może odegrać poważną rolę w rozwijaniu i kształtowaniu osobowości dzieci i młodzieży, jednak proces ten nie przebiega w społecznej izolacji, w oderwaniu od tego, co dla najmłodszego pokolenia jest współczesnością i zapowiedzią przyszłości. Starszych na przestrzeni dziejów zawsze drażniła „inność", odmienność młodego pokolenia. Zawsze też usiłowano różnice te w jakiś sposób osłabić. Z takich właśnie usiłowań rodzi się między innymi zjawisko określane jako „konflikt pokoleń". Jest to więc w pewnym sensie prawidłowość rozwojowa, a charakter i rozmiary owego „konfliktu" zależą przede wszystkim od stopnia przygotowania rodziców do roli wychowawców, od sposobu, w jaki sami interpretują zachodzące w świecie zmiany. Trudno jest łączyć szacunek i dystans do przeszłości, zwłaszcza gdy „przeszłość" ta składa się na dzieciństwo i młodość rodziców. Z poczucia przemijania czasu rodzi się często gloryfikowanie wszystkiego, co było dawniej, niemożność oddzielenia zjawisk pozytywnych od negatywnych, „dobra" od „zła". Te elementy postawy dorosłych utrudniają porozumienie się z dziećmi. Utrudniają także akceptację współczesności, która stanowi naturalne tło rozwoju młodego pokolenia.
Jak każda epoka, także ta, w której żyjemy, ma swoje dodatnie i ujemne strony. Odrzucanie wszystkie-
g o sprzyja kształtowaniu się u dzieci i młodzieży postawy bezkrytycznej niekiedy akceptacji tak zwanej nowoczesności, fascynację nią (jest w tym sporo przekory, a także błędne mniemanie, że starsi zatrzymali się „w miejscu" i wielu rzeczy nie potrafią zrozumieć), może także, jak już wspominaliśmy, rodzić uczucie zniechęcenia do życia, lęku przed nim. Sprzyjający odczuwaniu zadowolenia z życia przyjazny, choć nie pozbawiony elementów krytycyzmu stosunek do rzeczywistości powinien być sprzężony z dyspozycjami do samodoskonalenia się. Procesowi temu służą:
zdolność człowieka do kształtowania siebie tak, aby jego wewnętrzny rozwój był coraz pełniejszy i coraz bogatszy,
umiejętność łączenia własnych dążeń, pragnień i ambicji z dążeniami, pragnieniami i ambicjami innych ludzi, przy założeniu, że wszyscy mają prawo do osobistego szczęścia w ramach ogólnych zasad współżycia społecznego. W ustroju socjalistycznym są one jednoznacznie określone, chociaż nie zawsze przez jednostki czy grupy przestrzegane,
-r- umiejętność rozważnego podejmowania decyzji,
rozwinięte poczucie odpowiedzialności za własne czyny oraz wykształcone dyspozycje do samooceny i samokontroli,
umiejętność uświadamiania sobie własnych pomyłek i błędów, wyciągania z nich właściwych wniosków (naprawianie wyrządzonych krzywd, zdolność do przepraszania, odważne wycofywanie się z sytuacji, jakie zaistniały w wyniku braku przemyśleń, lekkomyślnych działań itp.).
Zachęcanie dzieci i młodzieży do pracy nad sobą zależy od pedagogicznych umiejętności rodziców, od ich orientacji, nad czym i dlaczego dziecko powinno pracować, a także od taktu i delikatności przy zwracaniu uwagi na braki dziecka. Tak zwane wytykanie komuś wad w każdej sytuacji wiąże się z przykrością i zażenowaniem tego, kogo się krytykuje. W kontaktach z dziećmi i młodzieżą rzadko bierzemy to pod uwagę. Raczej dominuje przekonanie, że im ostrzej jest sformułowana krytyka, tym lepsze będą jej rezultaty. W kontaktach z osobami dorosłymi zachowujemy się
na ogół inaczej, wobec dzieci nadużywamy często praw przysługujących wychowawcom i w sposób niezamierzony nie rozwijamy jednej z ważniejszych cech osobowości — poczucia godności osobistej. Jednym ze sposobów pozornie dodatniego oddziaływania na dzieci jest usiłowanie wzbudzenia w nich uczucia lęku. System wychowania oparty na strachu deformuje jednak ich osobowość, wypacza je charakterologicznie, jest źródłem poważnych trudności wychowawczych.
Na uczynienie ze strachu metody wychowawczej „pracowały" przez wieki całe pokolenia wychowawców, myślicieli, moralistów. Wywoływanie u dziecka uczucia strachu wiązano z szacunkiem dla starszych, posłuszeństwem, zdyscyplinowaniem, poszanowaniem wpajanych mu zasad moralnych. Strach jako stymulator działania miał chronić przed popełnianiem błędów i czynów „niegodnych", zdemoralizowaniem, słabością charakteru. Im więcej elementów zastraszania wprowadzono do stosunków społecznych, tym silniej akcentowano konieczność i zasadność odwoływania się do strachu w kształtowaniu samego człowieka.
Rozwój nauki w XX w. wzbogacił wiedzę o ujemnych skutkach wprowadzania do wychowania napięć i stresów. Spowodowało to poważny zamęt w praktyce wychowawczej. Jedni rodzice zarzucili całkowicie wdrażanie dzieci do posłuszeństwa, w dyscyplinę, pozostawiając im całkowitą swobodę, inni dostrzegając szerzącą się samowolę i bezkarność zaostrzali zakazy i sankcje karne. Wykształciły się dwa krańcowo odmienne systemy wychowania, równie szkodliwe w konsekwencjach, a ponadto dezorientujące rodziców. Czy współcześnie sytuacja uległa jakiejś zasadniczej zmianie? Trudno jest sformułować odpowiedź brzmiącą jednoznacznie. Wprowadzanie do praktyki wychowawczej (lub nie) elementu strachu wiąże się z szerszymi zagadnieniami. Należą do nich:
,styl kierowania rozwojem dziecka,
układ stosunków między dorosłymi i dziećmi w rodzinie,
sposób, w jaki rodzice interpretują i stosują nagradzanie i karanie,
czas, jaki rodzice mogą (i chcą) poświęcać na wy-
chowanie dzieci oraz to, co przez wychowanie sami -rozumieją,
— osobiste cechy i walory rodziców, a także ich doświadczenia wyniesione z własnego dzieciństwa i wczesnej młodości.
To niektóre tylko czynniki. Analizując najogólniej system wychowania w rodzinie po drugiej wojnie światowej można powiedzieć, że charakteryzowała go zmienność koncepcji. Przez pewien okres był modny tak zwany kumplowski układ stosunków między rodzicami i dziećmi. Dość szybko sprzykrzyło się to zarówno wychowującym, jak i wychowywanym (tym ostatnim jeszcze bardziej). Nie trzeba tłumaczyć, że dorośli wypadali w roli „kumpli" śmiesznie, niekiedy wręcz żenująco. W ogóle kumplostwo jako takie ma w sobie coś wulgarnego i prymitywnego. Nawet w stosunkach między dorosłymi już dziećmi i ich rodzicami, przy bardzo silnym zżyciu, doskonałym wzajemnym zrozumieniu i dużej swobodzie w sposobie bycia są zupełnie nieuchwytne bariery, wynikające z różnicy wieku oraz charakteru łączących więzi.
Koncepcja „kumplowskiego" układu stosunków między rodzicami i dziećmi zrodziła się prawdopodobnie z dążenia do zmniejszenia dystansu, do zbliżenia dwóch pokoleń. Ale nie dała ona oczekiwanych rezultatów. Tylko na pozór wszystko było pięknie, nowocześnie, „fajnie". Z kłopotami i trudnościami mały człowiek zostawał sam („kumple" bardziej nadają się do spędzania paru wolnych godzin, aniżeli do jakiejś poważniejszej rozmowy — tu już szuka się przyjaciół).
Przedstawiona koncepcja „unowocześnienia" wychowania w rodzinie poniosła fiasko. Z informacji prasowej dowiedzieliśmy się nie tak dawno (1975 r.) o „powracającej fali" kultu dla dyscypliny jako środka pomocniczego w wychowaniu. W korespondencji z Paryża „Trybuna Ludu" podała, że ten znany od wieków „instrument" wychowawczego oddziaływania cieszy się w społeczeństwie francuskim dużą popularnością. Podobno mieszkańcy mniejszych miast i wsi zakupują rocznie 200 tysięcy tego rodzaju przyrządów. Równocześnie jednak wzrasta we Francji zjawisko szukania pomocy u psychologów, nawet w przypadkach drobnych
niepowodzeń czy trudności dziecka. Nasilają się obawy, aby nie wyniosło ono z dzieciństwa urazów itp.1 Z artykułu nie wynika, czy jest mowa o różnych środowiskach społecznych, które stosują odmienne metody wychowawcze, czy o całym społeczeństwie. Toteż nie wiemy, czy we Francji można wyodrębnić dwie różne kategorie dzieci („bite" i „leczone"), czy też te same dzieci poddawane są na przemian dwojakim zabiegom (raz dyscyplina, to znów wizyta u psychologa). Po zapoznaniu się" z treścią takiej notatki rozsądny czytelnik może jedynie stwierdzić z ubolewaniem, że być obecnie dzieckiem, wcale nie jest takie łatwe.
Była mowa o tym, że samodoskonalenie sprzyja odczuwaniu zadowolenia z życia. Chodziło nam nie tylko
0 wyeksponowanie jeszcze jednego ważnego problemu. Sprawa ma szersze aspekty, dotyczy zarówno starszego pokolenia, jak i najmłodszych członków społeczeństwa; ma również poważny wpływ na rozważany uprzednio system wychowania w rodzinie oraz kontakt wychowawczy.
Należy zacząć od tego, że rzecz jest w ogóle mało popularna bez względu na to, jakiego użyjemy słowa — samodoskonalenie czy dążenie do perfekcjonizmu (wyraz często używany w literaturze pedagogicznej). W dobie orientacji przede wszystkim na sukces, karierę, tak zwane dojście do czegoś, doskonalenie nabrało innego znaczenia. Pojęcie praca nad sobą kojarzy się niemal wyłącznie ze zdobywaniem wykształcenia, zawodowych kwalifikacji, stanowiska, prestiżu. W tej pogoni za czymś, co uważane jest za jedynie konkretne, wymierne brak miejsca na troskę o rzecz bardzo ważną — na kulturę osobistą człowieka. A przecież często narzekamy na jej brak u innych ludzi. Rozmowy na temat nieprawidłowych postaw i złych stosunków międzyludzkich na przykład w miejscu pracy to stały punkt każdego spotkania towarzyskiego, rodzinnego. W niczym nie zmienia to stanu rzeczy, bowiem „metodą dyskusji" nie da się nadrobić braków w ogólnym poziomie moralnym i kulturalnym jednostek czy całych grup.
1 Dyscyplina znów modna. „Trybuna Ludu" nr 166, z 19—
—20.VII.1975. i
Czego właściwie chcemy narzekając na innych ludzi? Toż przecież już starożytni Rzymianie rozwiązali problem współżycia ludzi twierdząc, że: „Homo homini lupus est" („człowiek jest człowiekowi wilkiem").
Widocznie jednak nie zadowalają nas starożytne maksymy, a świadomość ciągle zagrożonej równowagi psychicznej dokucza i rodzi niepokój.
Arabski aforyzm głosi: ,;Zmęczenie jest ruiną dla ciała, niepokój kosą dla duszy". Otóż ten niepokój wynikający z uświadamianego zagrożenia daje nam się bardzo we znaki i zdecydowanie dominuje nad odczuwaną radością z sukcesów, powodzeń. Dyskusje nad dehumanizacją życia niczego nie zmieniają, ponieważ to my sami tworzymy określone sytuacje. Najjaskrawiej uwidacznia się to w życiu rodzinnym.
Stawiając przede wszystkim na „oprawę" życia i role, jakie odgrywa się lub może się odgrywać w społeczeństwie, popadamy jako wychowawcy w sytuację, którą Ignacy Krasicki dwa wieki wcześniej określił dowcipnie: „Niósł ślepy kulawego, dobrze im się działo". Tylko nam nie dzieje się zbyt dobrze i to wcale nie w tej często najważniejszej dla nas sferze życia. Można wątpić, czy dobrze będzie się działo także naszym dzieciom, jeżeli przyjdzie im żyć w bardziej jeszcze cywilizowanej, ale mimo wszystko — dżungli.