A A A

podsumowanie

Przedstawiliśmy w książce poglądy na czynniki, od których zależy szczęście dziecka, zakładając, że staną się one przedmiotem wielu uwag krytycznych, pobu­dzą do refleksji i dyskusji. Jeżeli te oczekiwania speł­nią się, można będzie powiedzieć, że książka w pew­nym przynajmniej stopniu spełniła swoje zadanie. W podsumowaniu chcielibyśmy zebrać poruszone spra­wy, uwypuklając te spośród nich, które mogą rodzić wątpliwości. Poruszono na przykład wiele spraw, nie wszystkie naświetlając w sposób dostatecznie wyczer­pujący. Niektóre ważne zagadnienia zostały tylko za­sygnalizowane, jednak we wstępie była mowa, że książka ma charakter zbioru szkiców z zakresu wycho­wania w rodzinie. Założone z góry „szkicowe" ujęcie zagadnień znalazło swoje odbicie w przygotowanym tekście. Przy tak obszernym i złożonym temacie był to jeden ze sposobów pozwalających na szersze po­traktowanie go, a równocześnie chroniący w pewnym przynajmniej stopniu przed rażącymi uproszczeniami. Sygnalizowany na początku książki brak precyzyjno­ści pojęcia „szczęście" usprawiedliwia przyjęte rozwią­zanie. Ocena należy jednak do czytelników. Można powiedzieć, że jest to w zasadzie książka o wy­chowaniu w rodzinie, a tylko dobór problemów oraz sposób ich ujęcia podporządkowane zostały niejako ty­tułowi. Zakres rozważań nad czynnikami wyznaczającymi szczęście dziecka zawężony został do okresu dzieciń­stwa i lat szkolnych. Nie analizowaliśmy czynników decydujących o szczęściu człowieka dorosłego, ponie­waż wykraczałoby to poza temat książki, a ponadto trudno w takim przypadku znaleźć płaszczyznę, która mogłaby stanowić wspomniany uprzednio układ od­niesienia. Wychodziliśmy jednak z założenia, że sytua- cje z wczesnych lat życia, to, co się z nich wynosi, w postaci przygotowania do niego, mogą wzmacniać dys­pozycje do „bycia szczęśliwym" lub je zmniejszać, nie­kiedy nawet niszczyć. Nawiązując do różnych zjawisk, występujących w świecie dorosłych, staraliśmy się wy­dobyć te elementy postaw, które nie sprzyjają prze­żywaniu stanów pozytywnych, koncentrują uwagę wy­łącznie na zagrożeniach, doznawanych zawodach i nie­powodzeniach. Tak więc pośrednio była mowa również o -szczęściu w okresie późniejszym, po dojściu do peł­noletności i samodzielności. Celem, który świadomie nie został zasygnalizowany na początku książki, stała się próba skłonienia dorosłego czytelnika do nieco bardziej analitycznego spojrzenia na własne życie, właśnie pod kątem szczęścia dziecka, ale w ujęciu ogólniejszym. Każdy nim był i we wspo­mnieniach okres ten niewątpliwie zapisał się silnie. Do tego rodzaju wspomnień sięgamy starając się zor­ganizować życie własnych dzieci „inaczej". Rzecz w tym, że to „inaczej" nie zawsze, o czym była w książ­ce mowa, oznacza „dobrze" czy „lepiej". Toteż wyda­wało się, że wprowadzenie takiego elementu ma uza­sadnienie i może być pomocne w ocenie systemu wy­chowania, który organizuje się z własnej inicjatywy komuś innemu, najbliższemu. Wychowanie własnych dzieci „inaczej", aniżeli było się Wychowywanym samemu, bez popełnienia nowych, niekiedy jeszcze poważniejszych błędów, to jedna z najtrudniejszych spraw, wobec których stają rodzice. Źródło nowych błędów tkwi w tym, że zbyt wielkie nadzieje łączy się z dodatnimi wynikami samej od­mienności sytuacji. Zakłada się więc, że zmiana wa­runków życia na korzystniejsze, inny sposób wychowa­nia, na przykład bardziej liberalny, stworzenie dziecku obiektywnej szansy korzystania z wielu rzeczy zapew­nią pożądany rozwój i w dziedzinie wychowania będą się bilansowały dodatnio. Funkcjonowanie schematu odmienności ujmuje się nazbyt prosto, jak na złożony charakter procesu rozwoju i wychowania człowieka. Czytelnika może razić w książce poddawanie w wątpli­wość słuszności nadmiernej troski o zapewnienie dzie­cku i rodzinie materialnej egzystencji. Pierwszą zgła­szaną uwagą może tu być twierdzenie, że nasze wa- 159 runki materialne nie są niekiedy w pełni zadowalające. Oceny w tym zakresie wymagają skali porównawczej, dlatego trudno nawet podejmować dyskusję. Zarówno zróżnicowanie pod względem usytuowania rodzin, jak i zróżnicowanie ich materialnych potrzeb, dążeń i aspi­racji jest duże. Celem książki nie było dążenie do formułowania ja­kichkolwiek ocen na temat sytuacji ekonomicznej ro­dziny polskiej w ogóle. Chcieliśmy, zgodnie z tematem książki podkreślić, że dobre warunki materialne nie mogą zastąpić i nigdy nie były w stanie zastąpić prze­myślanego, dobrego wychowania. Czy wobec tego można powiedzieć, że materialne wa­runki życia nie odgrywają żadnego znaczenia w pro­cesie rozwoju i wychowania dziecka? Takie stwierdze­nie byłoby niesłuszne, jak niesłuszne i nieprawdziwe byłoby twierdzenie, że nie mają one żadnego znacze­nia w życiu dorosłego człowieka. Problem polega na tym, że trudno pogodzić ze sobą różne wartości, a to, co ma charakter wymierny, jest łatwiej dostrzegalne, skupia na sobie więcej uwagi, angażuje więcej energii. Sprawą kontrowersyjną wydadzą się z pewnością ak­centy krytyczne ukierunkowane na przecenianie po­zycji społecznej, stanowiska. Podobnie jak w poprzed­nim przypadku chodziło o nadmierną koncentrację na samym dążeniu, o traktowanie pozycji, stanowiska ja­ko celu samego w sobie. Zaprezentowany w książce punkt widzenia możemy uzasadnić tym, że zajmowane stanowisko tylko wówczas jest źródłem autentycznej satysfakcji, zadowolenia, gdy wiąże się ono z bogatymi treściami i ma silne oparcie w indywidualnych kwali­fikacjach. Ze stanowiskiem wiąże się zawsze odpowie­dzialność. Możność działania w dziedzinie wchodzącej w zakres zainteresowań, świadomość przygotowania do niego odwraca uwagę od zagrożeń, poczucie których jest "w stanie zaburzyć wewnętrzną równowagę czło­wieka, wprawia go w podniecenie i zdenerwowanie, stwarza sytuację życia pod bardzo wysokim „ciśnie­niem" stresów. W takich warunkach piastowane sta­nowisko nie sprzyja pomnażaniu szczęścia człowieka, jeżeli będziemy je ujmowali w kategorii powodzenia, a raczej przeciwnie — działa przeciwko niemu. Dą-160 żenię do tak zwanego wybicia się ma wówczas cha- rakter pozytywny, gdy jest poparte kwalifikacjami. Nieco żenujące wydaje się stwierdzanie, że same am­bicje i aspiracje niczego nie zapewniają, tym niemniej potrzebne jest zwracanie na to uwagi przy analizowa­niu rodzicielskich marzeń i oczekiwań. Wiele uwagi poświęciliśmy w książce zdolności do przeżywania radości, wiążąc ją ze szczęściem. Rozpow­szechniony pogląd, że człowiek cieszy się, jeżeli ma ku temu powody, wydaje się znacznym uproszczeniem. Także i tutaj sedno sprawy tkwi w tym, jak ocenia się owe powody, w jakim stopniu korespondują one z indywidualnymi wymaganiami i ambicjami. Jeżeli powody do radości będzie się oceniać wyłącznie w tym kontekście, może ich być bardzo mało, szczególnie przy zawyżonych wymaganiach. Ambicjonalny wymiar źró­deł odczuwanej Tadości bardzo zawęża płaszczyznę jej przeżywania, a tym samym zubaża świat wewnętrz­nych doznań i odczuć człowieka. Pomyślna realizacja zamierzeń może dawać satysfakcję i zadowolenie, ale są w tym tylko pewne odcienie radości, nie ma całej gamy jej barw. Duma z powodzeń dziecka nie jest jesz­cze radością wynikającą z faktu przeżywania same­go jego istnienia. Zadowolenie, jakie daje usytuowa­nie rodziny, nie jest jeszcze radością z posiadania jej. Satysfakcja z osiągnięć współmałżonka nie oznacza jeszcze radości wynikającej z faktu, że jest się ra­zem, że można wspólnie przeżywać chwile dobre, a także te mniej pomyślne, trudne. Takich „jeszcze", wy­znaczających indywidualny wymiar radości przytaczać można wiele. Człowiek o bogatym życiu wewnętrznym znajduje wie­le powodów do cieszenia się nim. Im uboższy jest in­dywidualny świat człowieka, tym skromniejsze są je­go dyspozycje do przeżywania, uboższe źródło doznań pozytywnych. Może wyda się to komuś paradoksem,, ale zdolność do cieszenia się życiem nie wynika bez­pośrednio z korzystnych obiektywnych życiowych uwarunkowań. Uważa się niekiedy, że skłonność do spontanicznego przeżywania radości jest cechą młodości. Z upływem lat ulega ona rzekomo wygaszeniu. Nie wydaje się to słuszne. Są zgaszeni bardzo młodzi ludzie i są osoby w wieku podeszłym, które potrafią przeżywać radość 11 Szczęście dziecka niezwykle intensywnie. A więc mamy znów do czy­nienia z mechanizmami złożonymi. Nie rozumiejąc ich lub nie chcąc w nie wnikać wprowadzamy uproszcze­nia, bo tak jest łatwiej wiele rzeczy wytłumaczyć. W bogatej problematyce wychowawczej nie wszystkie sprawy znalazły dotąd właściwe odbicie i co za tym idzie — właściwe sobie miejsce. Jesteśmy zgodni co do tego, że należy wiele wiedzieć, że trzeba posiąść umieję­tność operowania zdobytą wiedzą, że trzeba ją również systematycznie poszerzać i pogłębiać. Trzeba także wiele umieć, ale tutaj układem odniesienia jest przede wszystkim wykonywanie określonych czynności. Znacz­cie mniej wagi przywiązujemy do tego, że trzeba, a raczej powinno się umieć żyć, kochać, cieszyć się. Te sprawy, tak istotne z punktu widzenia indywidualnej egzystencji człowieka, zarysowują się marginesowo, a podejmowane rodzą wątpliwości, do jakiej właściwie dyscypliny należałoby podobne rozważania zaliczyć i czy nauka w ogóle może się tym zajmować. Nie bę­dziemy tej kwestii rozstrzygać, uważamy natomiast, że nie można pomijać wymienionych spraw w wycho­waniu, zwłaszcza w wychowaniu w rodzinie. Sądzimy, że w tej dziedzinie żadne inne środowisko wychowawcze nie jest w stanie zastąpić rodziny. Toteż uzasadniony niepokój może rodzić to, że rodzice nie przywiązują Wagi ani u siebie, ani u dzieci do tak waż­nej dyspozycji jak umiejętność cieszenia się. Wbrew przekonaniom, nie jest to dar wrodzony. Zjawisko „niszczenia" w sobie radości można zaobser­wować bez większego trudu nie tylko w codziennych, ale także w „odświętnych" sytuacjach rodzinnych. Do­skonałą okazję stwarzają urlopy lub świąteczny wy­poczynek, zwłaszcza wszelkiego rodzaju wyjazdy za miasto. W tych wolnych od codziennych obowiązków sytuacjach ludzie często są napięci, skłonni do irytacji, popadania w rozdrażnienie, kłótliwi. Dzieje się tak dla­tego, że mimo zmienionych warunków funkcjonują utrwalone stereotypy zachowań agresywnych, nieżycz­liwych, nie podlegających kontroli. Rodzina wyjeżdża­jąca za miasto najlepszym i najbardziej sprawnym sa­mochodem mniej jest często nastawiona na wypoczy­nek, relaks, a bardziej na robienie sobie uszczypliwych 162 uwag, krytykowanie się, podkreślanie drobnych na ogół w danych warunkach niewygód. Irytują najbliż­si, irytują inni użytkownicy tej samej drogi. Stąd bio­rą się nieżyczliwe spojrzenia, uwagi, nasze polskie tak bardzo niesympatyczne pukanie w czoło czy kreślenie na nim kółka, niekulturalne wymiany zdań, nie mówiąc już o „współzawodnictwie" na szosach, które niejedno­krotnie kończy się tragicznie. Można przytaczać wiele przykładów niewłaściwych i prymitywnych zachowań w sytuacjach, które jak naj­bardziej sprzyjają odprężeniu, cieszeniu się wypoczyn­kiem, możliwością przebywania razem, a są wykorzy­stywane dla dawania ujścia nagromadzonym niechę-ciom, kompleksom, pragnieniu rozładowania własnego napięcia czy niezadowolenia z czegoś, przez dokucza­nie komuś itd. Książka, w której przedstawiono by wszystkie tego typu sytuacje, z pewnością wywołałaby sprzeciw, a w każdym razie uczucie niesmaku. Nie lubimy ukazywa­nia prawdy bez żadnych osłonek, upiększeń. Co innego pokazywanie takich fragmentów naszego życia w for­mie zbeletryzowanej, przy pomocy środków, jakimi dysponuje sztuka. Publikacje fachowe, nawet jeżeli mają charakter po­pularny, nie dysponują takimi środkami, toteż relacja jest zawsze oschła, a obraz wydaje się przejaskrawio­ny i uproszczony. Tym niemniej istnieje potrzeba od­woływania się do nich. Rodziców może razić to, że poddaliśmy ostrej krytyce wiązanie z dzieckiem różnego rodzaju ambicji i ocze­kiwań. W obronie ich słuszności i zasadności przyta­czać można wiele argumentów. Przede wszystkim to, że chodzi przecież o dobro dziecka, jego życiową po­myślność. Następnie — że rodzice mają prawo ocze­kiwać czegoś za swój trud, zwłaszcza że nie chodzi im tu wyłącznie o siebie. Inny argument dotyczy szcze­gólnego rodzaju związków, jakie łączą rodziców z dziećmi. Jest w tym miłość, poczucie wspólnoty, świa­domość, że przez dzieci można przedłużyć własne istnienie. Ten ostatni czynnik może rodzić pragnienie, aby to, co jest kontynuacją naszego istnienia, było do­skonalsze. Stąd rodzi się pragnienie dumy z własnego dziecka. Wymieniliśmy tylko niektóre argumenty, naszym zda- niem, najważniejsze. Wszystkie one bliskie są każde­mu, kto ma dziecko; bliskie i zrozumiałe. Dlatego właśnie tak trudno jest przekonać kogokolwiek, że wymienione pragnienia mogą być źródłem błędów, że kryją w sobie niebezpieczeństwa. Najpoważniejsze po­lega na dążeniu do tego, aby życie dziecka układało się według z góry ułożonego planu lub — i to jest znacznie gorsze — jakichś zupełnie mglistych marzeń i oczekiwań. W obu przypadkach na plan dalszy scho­dzą właściwości dziecka, odpowiadający ich rozwojowi przebieg procesu wychowania, jego zainteresowania, indywidualne potrzeby. W tej płaszczyźnie z całą siłą uwidocznia się to, co określaliśmy w książce „mijaniem się" dorosłych i dziecka. Dla jego dobra konieczne jest wypośrodkowanie własnych pragnień i tego, co słu­ży jak najpełniejszemu rozwojowi nowego, młodego istnienia. „Właściwa miara" postulowana przez Demo-kryta i w tym przypadku ma swój głęboki sens. Czynniki ambicjonalny i emocjonalny tak dalece de­terminują zachowania rodziców, że cały proces wy­chowania ulega zagmatwaniu, a orientacja w wielu podstawowych kwestiach staje się niemożliwa. Za­równo rodzice, jak i dziecko zatracają powoli rozezna­nie w tym, co jest rzeczywistą przyczyną występują­cych braków, napotykanych trudności i niepowodzeń. Nie wyzwala to energii, nie wzmacnia motywacji do przekształcania własnego życia wówczas, gdy z róż­nych powodów układa się ono niekorzystnie, czy pozo­staje w sprzeczności z czyimiś potencjalnymi możli­wościami, które nie zostały spożytkowane. Wiele w życiu tracimy nie dlatego, że nie sprzyja nam los, lecz ponieważ nie stać nas na większy wysiłek, na zwal­czenie w sobie czy przełamanie czegoś. Sprawa silnej woli, tak zwanego potocznie „charak­teru" rozumianego jako znaczący regulator działania ma ogromne znaczenie w całym procesie rozwoju i „stawania się" człowiekiem. Współczesna psychologia posługuje się terminem „motywacje". Dla człowieka nie obytego z terminologią naukową brzmi to obco, niczego nie oznacza. Może właśnie dlatego w prakty­ce wychowawczej tak mało przywiązuje się wagi do hartowania u dziecka silnej woli, że brakuje w lite-164 raturze ogólnie dostępnej dla rodziców określeń, które rodziłyby konieczne skojarzenia. Większe znaczenie przywiązuje się do stwarzania dziecku korzystnych wa­runków, sądząc, że wpłyną one mobilizująco i zawsze będą wyzwalały aktywność. Zawodność tego rodzaju oczekiwań jest aż nader oczywista i nie wymaga pod­budowy przykładami. Wiele młodych ludzi marnuje swoje najlepsze szanse nie dlatego, że brak im uzdol­nień, ale w wyniku braku siły niezbędnej do realizacji czegokolwiek. Dlatego, między innymi, tak mocno akcentowaliśmy w książce szkodliwość wprowadzania do wychowania dziecka nadmiaru udogodnień i ułat­wień. Wspomaganie rozwoju nie ma nic wspólnego z tak zwanymi cieplarnianymi warunkami, opiekuńczo­ścią, podpórkami w postaci korepetycji itp. Tak naprawdę to rodzice właściwie oceniają wszelkie­go rodzaju działania protekcyjne, tym niemniej czują się zobowiązani do ich podejmowania, traktują je jako przejaw wywiązywania się ze swojej roił. Sądzimy, że przyczyna tkwi w nieumiejętności organizowania proce­su wychowania w rodzinie w taki sposób, aby nie by­ły potrzebne żadne „podpórki", natomiast w sytuacjach zagrożenia jest to w zasadzie — zdaniem rodziców — jedyny sposób, teoretycznie rzecz biorąc, „skuteczne­go działania". Warto wspomnieć, że dorastające dzieci często niechętnie odnoszą się do tego rodzaju poczy­nań rodziców, ale i dla nich nie jest to sytuacja łatwa. Niejednokrotnie chodzi o wysoką stawkę, na przykład dostanie się do jakiejś szkoły, na wyższe studia. Nie akceptując „metod" rodziców dzieci korzystają z tego, co przy ich pomocy można uzyskać. Rozdrażnienie wy­wołane sytuacją splata się z krótkotrwałym zadowole­niem, które zmienia się często w rozczarowanie i roz­goryczenie, gdy dokonany wybór okazuje się pomyłką. Niektóre rodziny dobrze znają sytuację, kiedy mimo zabiegów protekcyjnych niczego w zasadzie nie osią­gnięto. Psuje to wzajemne stosunki i atmosferę ro­dzinną. Jakimś punktem zaczepienia mogą być zainteresowa­nia i umiejętności dorastającego dziecka. Jeżeli jednak zainteresowania nie rozwinęły się, a umiejętności są mierne? Można jeszcze liczyć na to, że dziecko (już prawie dorosłe) nadrobi posiadane braki, czymś się zajmie, coś przyciągnie jego uwagą. Ale do tego po­trzebna jest właśnie silna wola, zdolność do kon­centrowania się' na jakimś przedmiocie, wytrwałość, niezrażanie się napotykanymi trudnościami, wreszcie gotowość do „odrabiania" tego, co w innym czasie zo­stało zbagatelizowane lub czego nie potraktowano do­statecznie poważnie. Mając na uwadze podobne sytuacje krytykowaliśmy koncentrowanie się w szkolnych latach dziecka wy­łącznie na osiąganych przez nie ocenach, bez wnika­nia w to, co się za nimi kryje i bez uwzględniania in­nych ważnych czynników ogólnego rozwoju. Nie ma żadnego powodu do cieszenia się, że dziecko poza na­uką nic nie interesuje, a takie „pochwały" słyszy się nader często. Zainteresowanie nauką nie jest równo­znaczne z „kuciem na pamięć" po to, aby otrzymać dobry stopień. Podkreślaliśmy, że niezbędna jest właściwa ocena moż­liwości ucznia. Aby nie było niejasności, musimy do­dać, że nie oznacza to kurczowego trzymania się ich i tym samym hamowania rozwoju. Wymagania muszą się wiązać z koniecznością stopniowego przezwycięża­nia pewnych trudności. To pobudza rozwój. Potrzebna jest jednak orientacja w ogólnej sytuacji po to, aby aktualny pułap wymagań, wyższy od możliwości, nie był ponad siły, bowiem wówczas niczego się nie osiąg­nie. Stopniowanie trudności i racjonalne zwiększanie ich to jedna z podstawowych zasad w procesie dydak-tyczno-wychowawczym. Wielokrotnie nawiązywaliśmy do ambicji, podkreśla­jąc jej różne ujemne strony. Może to zrodzić błędne przekonanie, że ambicja jest cechą zdecydowanie ne­gatywną, czemu zaprzeczałby chociażby stawiany nie­kiedy dzieciom i młodzieży, a także osobom dorosłym zarzut „braku ambicji". Wyjaśnienie tej sprawy ma dla wychowawców (ro­dziców, nauczycieli) znaczenie zasadnicze, ponieważ rozbudzanie dobrze, właściwie rozumianej ambicji to także jedno z zadań wychowania. Skoro powinno ono być realizowane, niezbędna jest pełna orientacja w przedmiocie działania. Pojęcie „ambicja" ma dwoja-166 kie znaczenie. Jedno podają źródła encyklopedyczne. Jest to „dążność do rozwoju i pragnienie zwiększenia własnej wartości, wyróżniania się, osiągania sukce­sów i uznania" *. Z tej formuły najszersze zastosowa­nie w życiu mają dążenia do wyróżniania się, osiąga­nia sukcesów, o czym była mowa w książce. Jest to tendencja jak najbardziej pozytywna i pożądana, pod warunkiem, że nie opanuje człowieka całkowicie, prze­słaniając mu inne wartości i cele. Jeżeli chęć wyróżnienia się czy pragnienie sukcesów zdeterminują wszelkie jednostkowe działania, nieunik­nione stają się konflikty między człowiekiem a otocze­niem, zmniejsza się możliwość porozumienia i współ­działania z innymi ludźmi, mnożą się sytuacje sprzy­jające konfliktom, zwiększa się niebezpieczeństwo od­stępowania od powszechnie obowiązujących norm i za­sad społecznego współżycia. Człowiek ulegający nadmiernie własnej ambicji jest skłonny poświęcić dla jej zaspokojenia inne wartości, bez których, mimo osiąganych sukcesów, życie bę­dzie się wydawało niepełne. Odczuwany brak czegoś powoduje niezadowolenie, które z reguły przenosi się na otoczenie, w nim także szuka się jego przyczyn. W sytuacji, gdy z osiąganych sukcesów pośrednio od­noszą korzyści osoby bliskie, niezwykle łatwo jest wmówić sobie, że nie doceniają one tego, są nie­wdzięczne, nastawione egoistycznie itp. Można więc na tej zasadzie mieć pretensje do żony, że nie docenia pozycji, jaką „stworzył" jej mąż; można mieć preten­sje do dzieci, że korzystając z dobrych warunków nie czują się zobowiązane do wykazania większymi osiąg­nięciami, że sprawiają kłopoty, trudności. Ambicja jako dążenie do rozwoju, zwiększania własnej wartości oraz wykazywania się osiągnięciami jest ce­chą zdecydowanie pozytywną wówczas, gdy nie ulegną zachwianiu proporcje między innymi, równie cenny­mi dyspozycjami i dążeniami. Jest jeszcze druga stro­na znaczeniowa słowa „ambicja", równie ważna i cen­na, mianowicie ambicja rozumiana jako silnie rozwi­nięte poczucie godności osobistej, dumy, wyraz sza­nowania siebie. W tym znaczeniu człowiek ambitny 1 Por. Leksykon PWN. Warszawa 1972, s. 30. nie będzie się zniżał do czynów, które go dyskwalifi­kują, pomniejszają czy ośmieszają. W języku potocz­nym mówimy, że na jakieś działanie nie pozwala nam nasza ambicja lub że pewne zachowania godziłyby w naszą ambicję. I znów możemy tu mieć do czynienia ze zjawiskami bardzo pozytywnymi, na przykład ktoś woli raczej z pewnych rzeczy zrezygnować, aniżeli miałby się zniżyć do próśb; ktoś woli trudniejszą sytuację, aniżeli pozy­skiwanie sobie względów przymilnością czy lizuso­stwem; ktoś nie chce narazić się na afront, toteż daw­nemu znajomemu, lepiej sytuowanemu i zajmujące­mu bardziej eksponowane stanowisko nie przypomina o łączącym niegdyś związku przyjaźni; można tego nie robić ze względu na aktualne różnice w życiowej sytuacji. Człowiek ambitny w dobrym tego słowa zna­czeniu nie będzie dodawał przy nazwiskach osób zaj­mujących stanowiska kierownicze: „Jo mój przyjaciel". Taka deklaracja jest zbędna, a otoczenie odbiera ją na ogół jako sygnał ewentualnych powiązań czy po­parcia, na które można liczyć. Faktycznie nie zawsze jest to prawda lub nadzieje okazują się płonne. Nieprawidłową odmianą ambicji wynikającej z poczu­cia godności osobistej jest nadmierna drażłiwość, skłon­ność do obrażania się nawet z błahych powodów, prze­cenianie siebie, rażące eksponowanie własnej osoby. Z takim człowiekiem lepiej nie mieć do czynienia, po­nieważ nigdy nie wiadomo, czym się go urazi. Podstawowa problematyka książki wiąże się z dobrym przygotowaniem dziecka do samodzielnego życia. Naj­ogólniej rozumiemy przez to wyposażenie go w nie­zbędne umiejętności, w system wartości i reguł po­stępowania, który będzie pomocny w organizowaniu życia i kierowaniu nim, w indywidualne cechy i wła­ściwości, dzięki którym dorosły człowiek potrafi minimalizować zło i cierpienie we własnym życiu, w życiu społeczeństwa, którego jest nierozłączną częścią, a także pomnażać wszystko, co w indywidualnym i społecznym wymiarze służy pozytywnym ocenom istnienia.