Szczęście dziecka
cania się, braku troski o zachowanie równowagi między prawami i obowiązkami dziecka. Ujemne efekty postawy rodzicielskiej charakteryzującej się wymienionymi cechami są następujące:
samodzielność dziecka i jego dojrzałość społeczna (bardzo ważne elementy tzw. dojrzałości szkolnej ucznia, podejmującego naukę w I kl.) nie rozwijają się w stopniu dostatecznym. Liczne przykłady pochodzą z badań nad dziećmi uczęszczającymi do przedszkola. Już w tym okresie (3—6 rok życia) uwidoczniają się błędy lub niedostatki w wychowaniu rodzinnym,
obserwuje się znacznie powolniejszy, niekiedy poważnie zahamowany proces rozwoju dziecka także we wszystkich innych dziedzinach: ma ono wyraźnie zaniżone wyobrażenia o swoich możliwościach, jest onieśmielone, szybko przejawia objawy zmęczenia i znudzenia, niechętnie zabiera głos, niechętnie angażuje się w prace, które trzeba wykonać samemu, przejawia brak zdolności organizatorskich, brak wyobraźni, nie umie nawiązywać kontaktów z rówieśnikami, nie potrafi z nimi współdziałać,
dziecko odsuwane od współudziału w pracach na rzecz rodziny, szerszego otoczenia („oszczędzane") nie nabywa niezbędnych w późniejszym życiu umiejętności, przyjmuje postawę oczekiwania na świadczenia innych, utwierdza się w przekonaniu, że otoczenie ma wobec niego liczne obowiązki, natomiast samo nie odczuwa potrzeby robienia czegoś dla innych,
w miarę dorastania coraz silniej rozwijają się u niego dyspozycje do „brania" i „korzystania". Nazywamy to postawą konsumpcyjną, tak często obecnie zarzucaną młodzieży przez starsze pokolenie. Nie uwzględnia się przy tym faktu, iż nie stanowi ona elementu wyposażenia biologicznego, lecz jest produktem określonych sytuacji i oddziaływań, w jakich przebiegał proces rozwoju i wychowania.
Nie wymieniliśmy wszystkich przejawów nadmiernej koncentracji uczuciowej na dziecku, ani też wszystkich jej ujemnych skutków. Jest to temat bardzo obszerny i sam w sobie mógłby stanowić przedmiot szerokiej analizy. W niniejszej książce ujęty został fragmentarycznie, przede wszystkim dla wykazania, że brak umiaru i rozwagi w okazywaniu dziecku uczucia może
stać się źródłem wielu napotykanych przez nie trudności, wielu przykrych przeżyć, a także niepowodzeń w okresie dorosłości i samodzielnego kierowania własnym losem;
— wyolbrzymione, błędnie interpretowane poczucie odpowiedzialności za dziecko: taką postawę rodzicielską charakteryzuje stwarzanie wokół dziecka atmosfery ustawicznego czuwania nad nim, maksymalne ograniczanie jego swobody, rozbudowany system zakazów, brak zaufania, uciążliwe kontrolowanie wszystkiego, co robi, wtrącanie się do najdrobniejszych nawet spraw dziecka, ciągłe pouczanie i przestrzeganie.
Przesadne i fałszywie interpretowane poczucie odpowiedzialności za dziecko przyczynia się do powstawania sytuacji, tworzenie których absolutnie nie mieści się w intencjach rodziców. I tak:
u dziecka wcześnie wykształcają się mechanizmy obronne w postaci kłamstwa i coraz staranniejszego ukrywania przed rodzicami swoich problemów,
nadmierna kuratela i rozbudowany system zakazów rodzą sprzeciw, a niekiedy są przyczyną drastycznych form buntu,
dziecko coraz bardziej zamyka się w sobie, unika kontaktów z rodzicami, poczucie więzi z domem ulega silnemu rozluźnieniu,
postawa wychowawcza dorosłych oraz stosowane metody oddziaływania na dziecko mogą być źródłem różnych wypaczeń natury charakterologicznej, na przykład przejmuje się od rodziców takie cechy jak podejrzliwość, nieufność, złośliwość, despotyzm,
młodzież z takich rodzin zatraca poczucie własnej wartości, staje się podatna na wszelkie wpływy albo stara się jak najszybciej opuścić dom rodziców;
nieuwzględnianie zachodzącego procesu wzrostu dziecka. Ujmując problem najogólniej chodzi tu o zjawisko infantylizacji procesu wychowania, wynikające z przekonania, że dziecko ciągle jest małe, bezradne i bezbronne, wymaga opieki i pomocy. Nie bierze się pod uwagę tego, iż w miarę upływu lat jego możliwości wzrastają i zadaniem wychowania jest jak największe wspomaganie owego wzrostu, rozwijanie u dziecka zaradności, samodzielności,
poczucia odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo, własne postępowanie. Formalne wyrazy dorosłości (otrzymanie dowodu osobistego, ukończenie szkoły przygotowującej do wykonywania jakiegoś zawodu itp.) mogą mieć znikome znaczenie w życiu młodego człowieka, jeżeli nie był on stopniowo przygotowywany do kierowania sobą, podejmowania różnych decyzji i wykonywania zadań.
Młody człowiek, jeżeli nie potrafi wyzwolić się psychicznie z ciążącej na nim atmosfery „dziecięcości", musi pokonać wiele trudności na początku swojej samodzielnej drogi życiowej. Długo będzie się czuł jakiś niepełny, niekompletny, pozbawiony czegoś bardzo istotnego, a równocześnie trudnego do określenia, uchwycenia, zdefiniowania.
Mówi się często, że obecnie dzieci są bardziej samodzielne. Ale bardziej od kogo i w jakim sensie? Wreszcie dzieci w jakim wieku? Te najmniejsze? Rzecz warta rozważenia, ponieważ wiele się tu nagromadziło nieporozumień i niejasności. Samodzielność utożsamia się niekiedy z samowolą, co stanowi wyraz pomieszania pojęć. Samodzielność przejawiającą się w formie zajmowania stanowiska w różnych sprawach uważa się za coś niewłaściwego, przedwczesnego. Okres przechodzenia od dzieciństwa do dorosłości ogromnie się niekiedy wydłuża. O tym, kiedy się właściwie przestaje mieć wątpliwości co do tego, że dziecko nie jest już dzieckiem, decyduje w każdym przypadku postawa rodzicielska, tak zwany zdrowy rozsądek dorosłych, wreszcie cały system wychowania w rodzinie — wspomagający rozwój dziecka lub z różnych przyczyn hamujący go.
Tak jak przedszkole traktowane jest przez niektórych rodzieów jako „przechowalnia" dzieci, tak również traktuje się często szkoły do wyższej uczelni włącznie, chociaż w wielu przypadkach słuszniejsze i korzystniejsze byłoby przyjęcie innego wariantu — podjęcie pracy i ewentualne kontynuowanie nauki, niekoniecznie na poziomie wyższym.
Poruszyliśmy sprawę złożoną i trudną. Wykracza ona częściowo poza problematykę pedagogiczną, jednak jest z nią ściśle związana. W niektórych środowiskach wcześniejsze rozpoczęcie przez dziecko pracy zarobkowej, często uzasadnione wieloma wzglądami (np. brak większych uzdolnień; brak określonych zainteresowań, które mogłyby właściwie ukierunkować dalszą naukę, wybór zawodu; chęć wcześniejszego usamodzielnienia się — tak nam to trudno zrozumieć, zwłaszcza gdy rodziców stać na kształcenie dziecka) uważane jest za porażkę, załamanie się „życiowych planów", dyskwalifikację młodego człowieka, a w pewnym sensie także rodziców. Fakt ten w większym lub mniejszym stopniu przeżywają wszyscy w rodzinie. Stwierdzenie, że ktoś się „uczy", oznacza prawidłowy bieg spraw, do 18—20-latka pracującego trzeba zaraz dodawać różne komentarze, uzasadnienia itp.
Boimy się „zmarnowania" życia dziecka, nie dostrzegając, że nie zależy to wyłącznie od tego, przez ile lat będzie się ono kształciło. Człowiek sprawdza się przede wszystkim w tych sytuacjach, kiedy może pokazać, co i jak potrafi robić. Jeżeli próbuje swoich sił zbyt późno, większych rezultatów może nie osiągnąć.
Rodzice obecnych dwudziestoparolatków na ogół inaczej zaczynali swoje dorosłe życie i chociaż mają w tej mierze bogate doświadczenia, chociaż wiedzą, co się w życiu naprawdę liczy, dla własnych dzieci tworzą zupełnie inną koncepcję. Jej podstawowy mankament stanowi iluzoryczność założeń, brak wewnętrznej konsekwencji, a często i logiki. W środowiskach mniej wyedukowanych dorośli nie są tak podatni na „mity", tytuły, pozory czegoś „lepszego". Patrzą na życie realniej, także realniej planują przyszłość dziecka. Ale już ich bardziej wykształcone dzieci zajmują często inną postawę, łatwiej ulegają snobizmowi, a niekiedy tym snobizmem wręcz szokują.
Wykształcenie ma niewątpliwy wpływ na wzrost osobistych ambicji i aspiracji, czy jednak zawsze są to ambicje i aspiracje właściwie pojęte, zdrowe? Czy dzieci nie płacą za to zbyt wysokiej ceny? Do sprawy wrócimy jeszcze nieco dalej.
Młody człowiek, aby w swoich nowych rolach czuł się pewnie, bezpiecznie, aby w ogóle był zdolny do podejmowania wielorakich społecznych obowiązków, musi mieć świadomość własnej dojrzałości, a także świa-
domość tego, że ta dojrzałość jest przez otoczenie akceptowana, zwłaszcza przez osoby najbliższe. Są to podstawowe warunki możliwości wykazania się inicjatywą, działania w sposób świadomy, przemyślany, odpowiedzialny; tylko wówczas zawodowe i społeczne zaangażowanie może mieć charakter autentyczny.
Takiej postawy oczekujemy od młodzieży, jednak wadliwy system wychowania może stanowić poważną przeszkodę w jej ukształtowaniu się. Równie szkodliwe jest lekceważące traktowanie młodych ludzi, okazywanie im braku zaufania, wymawianie braku doświadczenia, które zawsze kojarzy nam się przede wszystkim z wiekiem. Niemcy mają na takie sytuacje trafne określenie: „Wiek nie chroni przed głupotą, broda mędrcem nie czyni" („Alter schiitzt vor Torheit nicht"). „Wchodzenie w dorosłość" to przeważnie również okres, w którym dziecko lepiej lub gorzej organizuje własne życie prywatne (tzn. zakłada rodzinę). Infantyliza-cja w stosunkach między rodzicami i dorastającymi dziećmi stanowi źródło wielu konfliktów i na tej płaszczyźnie. Rodzą je próby sterowania życiem dorosłego dziecka, ingerowania w nie.
Omówiliśmy trzy najczęściej występujące warianty uczuciowego stosunku do dziecka. Ich wyodrębnienie wydaje się w pełni uzasadnione. Konsekwencje wychowawcze popełnianych błędów są zbyt poważne, aby można było je pominąć przy rozważaniu szczęścia dziecka. Nie są to jednak wszystkie sprawy zasługujące na wydobycie i podkreślenie. Sposobów „uszczęśliwiania" dziecka według subiektywnych kryteriów oceny obserwuje się wiele. Niektóre mieszczą się w podanej klasyfikacji postaw, inne bliższe są motywacjom natury ambicjonalnej lub też wchodzą w zakres zupełnie odmiennych uwarunkowań.
Ogólnie można powiedzieć, że brak umiaru w sposobie wyrażania uczuć stanowi bogate źródło błędów i nieprawidłowości w wychowaniu rodzinnym. Do najbardziej niepokojących z tego punktu widzenia należą: — brak przemyślanej koncepcji czy linii postępowania wychowawczego z dzieckiem: wynika z tego rażący brak konsekwencji, miotanie się od nadmiernej pobłażliwości i ustępstw do przesadnej surowości, a na-
wet drastycznych form reagowania na zachowanie dziecka (stosowanie kar fizycznych pod wpływem zdenerwowania, ubliżanie dziecku, przeklinanie itp.);
stwarzanie dziecku uprzywilejowanej sytuacji w rodzinie,
wspieranie dziecka w sytuacjach, które wymagają przede wszystkim jego własnych wysiłków i starań (np. tzw. „obstawianie" korepetycjami),
„oszczędzanie" dziecka przez wyłączanie go ze świadczeń na rzecz całej rodziny (jest to niezamierzone wychowywanie życiowych kalek, egoistów, małych tyranów). W sytuacji przeciążenia rodziców różnymi obowiązkami ten wyraz uczucia ma charakter szczególnie absurdalny. Absurdalne są również zgłaszane później, gdy dziecko jest już starsze, pretensje, wymawianie tego, co się dla niego robiło i robi, „wyjątkowo dobrych warunków" itp. Umiejętność współdziałania kształtować trzeba w całym procesie wychowania, bez odkładania czegoś na „później", bez liczenia na to, że coś przyjdzie samo. W wychowaniu najlepsze efekty daje prawidłowy układ sytuacji w warunkach naturalnych, bez udziwnień, przedobrzeń. Dziecko wdrożone do pomocy i pracy w domu będzie ją wykonywało jako rzecz oczywistą. Nie tylko pozna pracę, ale zacznie rozumieć różne związane z nią aspekty, a więc to, co tak trudno przekonująco przekazać w formie werbalnej (np. czasochłonność poszczególnych zajęć, wysiłek, jakiego one wymagają, irytującą niekiedy bezsensowność powtarzania tych samych czynności, gdy ktoś inny nie potrafi uszanować włożonej pracy itp.). Dziecko odsuwane od pracy w domu lub włączane do niej okolicznościowo nabiera przekonania, że pewne dziedziny życia rodzinnego są poza zasięgiem jego obowiązków. Zmuszane do współdziałania reaguje niezadowoleniem, wykręca się, protestuje. Warto jeszcze zwrócić uwagę na jedną sprawę, bardzo istotną z punktu widzenia tematu książki. Przesadne okazywanie uczucia nadmiernie podporządkowuje dziecko rodzicom. Zmarły przed kilku laty polski psychiatra, prof. Antoni Kępiński, w książce pt. Psychopatologia nerwic, omawiając warunki prawidłowego rozwoju psychospołecznego człowieka, mówi o konieczności przerwania w odpowiednim czasie „pępo-
winy", jaka łączy dziecko z rodziną. Przy pomocy przenośni A. Kępiński ukazuje negatywne skutki przeciągającego się uzależnienia dziecka od rodziców, objaśnia także, w jakim czasie i dlaczego należy tę zależność rozluźniać. Nie ma to oczywiście' nic wspólnego z rozluźnianiem poczucia więzi z rodziną, którego podstawą jest bliskość psychiczna, wzajemne zrozumienie, poczucie wspólnoty, a nie obezwładnianie zależnością.