A A A

Szczęście dziecka

wzburzonym morzu, czy umiejętność kierowania sa­mochodem" ł. Socjalizacja, historycznie rzecz biorąc, jest zjawiskiem wcześniejszym od wychowania realizowanego w ra­mach działalności specjalnie dla tych celów powoła­nych instytucji, głównie szkoły. Od zarania dziejów człowieka przygotowanie do życia młodego pokolenia było warunkiem zapewnienia ciągłości biologicznej da­nego społeczeństwa (szczepu, plemienia itp.), warun­kiem zachowania przez nie własnej odrębności i włas­nego dorobku (kultura) oraz zabezpieczenia rodowych, szczepowych czy plemiennych interesów. W miarę rozwoju społecznego specjalizowały się co­raz bardziej oddziaływania socjalizacyjne i wycho­wawcze. W obrębie tych dwóch podstawowych nurtów wpływów dokonywał się proces kształtowania czło­wieka. W przytoczonej definicji socjalizacji J. Szczepańskie­go na uwagę zasługują takie wyrazy jak „wprowadza", „uczy", „czyni zdolną" (jednostkę). Są to określenia występujące również w pedagogice. Wskazuje to na ścisłe związki między obu formami oddziaływania. Są jednak także różnice: w socjalizacji więcej zawsze by­ło elementów zachowawczych, silniejsze były akcenty położone na przekaz dotychczasowego dorobku, oby­czajów, wzorów życia; wychowanie w większym stop­niu nastawione jest na indywidualny rozwój jednost­ki, na jej przystosowanie do warunków istniejących, ale równocześnie na przygotowanie do uczestnictwa w tworzeniu nowych wartości, w nadawaniu życiu nowe­go kształtu. Zapewnienie ciągłości kulturowej, pielęg­nowanie tradycji to ważny czynnik oddziaływań peda­gogicznych, traktowany na równi z innymi zadaniami wychowania. Socjologowie charakteryzując proces społecznego od­działywania na człowieka nie wprowadzają elementu oceny, wartościowania. Ujmują go ogólnie, wyodręb­niając jedynie poszczególne dziedziny wpływów oraz ich ukierunkowanie na coś. Sprawa treści należy do innych nauk. I tak na przykład sposobami wdrażania dziecka w dyscyplinę, rozumieniem jej, konsekwen- 82 1 Tamże, s. 94—95. cjami fałszywych założeń zajmują się: pedagogika, psychologia, medycyna (neuropsychiatria). Podobnie jest z motywacją panowania nad popędami, z zaspo­kajaniem potrzeb, preferowaniem wartości. W posz­czególnych epokach bardzo różnie się te sprawy kształtowały. Zmieniały się wyobrażenia o sensie i ce­lu życia, lansowano różne ideały człowieka, koncepcje jego szczęścia, życiowego powodzenia. Wymieniane w p. 4 przez J. Szczepańskiego sprawności i kwalifikacje zawodowe zdobywa się współcześnie wyłącznie w ra­mach kształcenia ogólnego i zawodowego organizowa­nego przez państwo (przez wieki w wielu dziedzinach proces ten dokonywał się na drodze przekazywania umiejętności i doświadczeń z pokolenia na pokolenie w ramach rodziny lub przyuczania do zawodu w demu obcym — u jakiegoś fachowca). Proces socjalizacji nie zawiera więc wyłącznie treści pozytywnych z punktu widzenia indywidualnego roz­woju człowieka, jego zdrowia fizycznego i psychiczne­go oraz z punktu widzenia potrzeb społecznych. Toteż w idei wychowującego sppłeczeństwa socjalistycznego zawarte jest dążenie do zminimalizowania rozbieżnoś­ci między treściami i zadaniami wychowania, a tym, co wynika z procesu socjalizacji. Weźmy jako przykład wymienione przez J. Szczepań­skiego „wchodzenie w role społeczne". Dla dziecka w wieku szkolnym ważne są role ucznia i kolegi. Szko­ła rozwija u swojego wychowanka poczucie obowiąz­ku, uczynność, umiejętność współdziałania, życzliwość. Te cechy ucznia brane są pod uwagę przy ocenianiu jego zachowania. Środowisko pozaszkolne, głównie ro­dzina, może nie przywiązywać do tych cech wagi lub też może rozwijać (często nieświadomie) egoizm, wy­rachowanie, agresywność. W takiej sytuacji dziecko kształtowane jest równocześnie na dwa różne sposoby. Od tego, które wpływy okażą się najsilniejsze, zależą w znacznym stopniu powodzenia szkolne ucznia. On też ponosi konsekwencje wynikające z rozbieżności oddziaływań wychowawczych. Może być i tak, że rodzina uczula dziecko na pewne wartości, a szkoła nie przywiązuje do nich takiej wa­gi, jaką przywiązywać powinna. Błędy w pracy wy­chowawczej nauczyciela czy całego grona pedagogicz- nego niewątpliwie także przyczyniają się do powsta­wania sytuacji nieprawidłowych. Wszędzie tam, gdzie dorośli sami nie przestrzegają podstawowych zasad prawidłowego postępowania wy­chowawczego, konsekwencje spadają na wychowanka. Konfrontując ważne dla życia całego społeczeństwa po­stulaty z "ich realizacją, a także to, co zalecamy dzie­ciom i młodzieży jako obowiązujące formy zachowa­nia z dostrzeganymi wzorami zachowań dorosłych mo­żna niekiedy powiedzieć, że stosuje się jak gdyby dwie różne taryfy: ulgową dla starszej części społeczeń­stwa i wyższą dla młodego pokolenia. Taki sposób ujmowania problemu rodzi z reguły sprzeciw ze strony dorosłych. Pojawiają się różne ar­gumenty usprawiedliwiające i tłumaczące starszych. Zaczyna się eksponować własne starania o zapewnie­nie dzieciom warunków życia i rozwoju, wysiłek wło­żony w stworzenie wspólnej egzystencji, zmęczenie... Pojawiają się głosy protestu, że w końcu dorosłym wolno więcej, nie należy porównywać tych, którzy już czegoś dokonali, z tymi, którzy dopiero będą mogli pokazać, na co ich stać. Tam, gdzie dyskusja schodzi na płaszczyznę porównań i wyważania, komu co wolno, a komu nie — dialog urywa się, bowiem nie w tym tkwi istota rzeczy. Inny jest zakres praw i obowiązków dorosłych, a inny dzie­ci i młodzieży. Natomiast stosunek do wartości prze­kazywanych w procesie wychowania i socjalizacji nie może być odmienny, jeżeli chcemy, aby młode pokole­nie przyjęło je jako własne. Są to sprawy często bar­dzo złożone, a przykładów sytuacji, w których sami przekreślamy nasze starania i oczekiwania, przyta­czać można wiele. W każdym takim przypadku wy­stępuje zjawisko odwzorowania zachowań dorosłych bez względu na to, jak często podkreślamy słuszność innego postępowania. Rodzice nie wpoją dziecku szacunku do siebie, jeżeli będą lekceważyli własnych rodziców, jeżeli ich włas­ne stosunki będą nacechowane pogardą, poniżaniem się, dyskwalifikowaniem. Można zmusić dziecko do podporządkowania się, nie jest to jednak równoznacz­ne z szacunkiem. W miarę dorastania i uniezależnia- nia się od rodziców elementy lekceważenia ich będą pojawiać się coraz częściej i wyraźniej. Nie można wpoić dziecku zasad kulturalnego zacho­wania nie przestrzegając ich samemu w stosunkach wewnątrzrodzinnych, w kontaktach z innymi ludźmi. Nie rozwiniemy u dziecka takich cech, jak życzliwość, uczynność, gotowość do bezinteresownych świadczeń na -rzecz innych ludzi, jeżeli motywy naszego działa­nia będą miały charakter wyrachowany, a nasz sto­sunek do otoczenia będzie nieprzyjazny lub wrogi. Do­rosłe dziecko swoje wyrachowanie przenosi na ogół również na rodziców. Bywa, że postawa dzieci pod wpływem innych oddzia­ływań wychowawczych lub też własnej pracy nad so­bą, własnych wyborów kształtuje się prawidłowo z moralnego i społecznego punktu widzenia, że stają się one lepsze, bardziej wartościowe od rodziców. Wówczas na ogół rozluźniają się więzi rodzinne, dzie­cko coraz bardziej oddala się psychicznie od swoich najbliższych, traci z nimi kontakt intelektualny. Wychowanie w rodzinie określa się niekiedy w litera­turze jako działalność o charakterze żywiołowym, spontanicznym. W wielu środowiskach rodzinnych tak właśnie przebiega proces kształtowania osobowości dzieci. Przemyślaną koncepcję wychowania zastępują okazjonalne pouczenia lub w przypadku pojawiają­cych się trudności czy kłopotów — moralizowanie, wymierzanie kar itp. Wówczas na ogół nie bierze się pod uwagę tego, że dziecko albo nie umie postępować inaczej, ponieważ nie nauczono go tego, albo w dro­dze naśladownictwa przejęło ono niepożądane wzory zachowań. Ten drugi aspekt jest często uwzględniany, jednak niemal wyłącznie w kontekście negatywnych oddziały­wań rówieśników. Nie bierze się pod uwagę faktu, że dorośli z najbliższego otoczenia mogli odegrać tu znaczącą rolę (taką rolę negatywną odegrali najpra­wdopodobniej w przypadku owych kolegów dziecka). Dziecko w miarę dorastania rozszerza krąg swoich kontaktów z innymi ludźmi i będzie się stykało z róż­nymi postawami. Wychowanie w rodzinie powinno je wyposażyć w takie właściwości, aby potrafiło odrzu­cać wzory negatywne i przeciwstawiać się złu. Z domu powinno się wynosić zasady, które będą ukie­runkowywały postępowanie człowieka przez całe ży­cie. Dom powinien wyposażyć w taki kapitał wartości i norm moralnych, który umożliwiłby uniknięcie na początku samodzielnej drogi wielu błędów i nieroz­ważnych czynów. Można nazwać szczęśliwym dorosłego człowieka, który pozytywnie oceniając swoje życie, to czego w nim dokonał, to, jakim był, może powiedzieć: „za­wdzięczam to rodzicom" lub „wyniosłem to z domu". Wiele osób dorosłych mogłoby jednak stwiedzić, że właśnie z domu nie wyniosło czegoś bardzo ważnego, istotnego, mimo niewątpliwych starań rodziców, ich troskliwości, uczucia, opieki, zabiegania o wykształce­nie, pomocy materialnej. Owym czymś jest zespół właściwości, które stanowią silny trzon osobowości, są jej kośćcem, a w życiu spełniają funkcje tego, co po­tocznie nazwać można życiowym drogowskazem. Rodzina w naszym kraju bardziej aniżeli kiedykolwiek jest w stanie odegrać poważną i pozytywną rolę w rozwijaniu uzdolnień dziecka, w zdobywaniu przez nie wykształcenia, w kształtowaniu się jego ambicji i as­piracji. Jednakże może w tym wszystkim zabraknąć tak ważnego elementu, jak odwaga i umiejętność bycia człowiekiem w tym najszerszym i najgłębszym humanistycznym tego słowa znaczeniu. W okresie intensywnych przeobrażeń społecznych, przewartościowania niektórych tradycyjnych wartości (np. tzw. dobre urodzenie i majątek jako determinan­ty uprzywilejowanej pozycji społecznej), w sytuacjach charakterystycznych dla społeczeństw podnoszących swój standard życia w makroskali (w skali całego spo­łeczeństwa) poważne braki w wychowaniu dzieci wy­stępują również w środowiskach, do których nie moż­na zastosować pojęcia „patologia". Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest kilkakrotnie już przez nas podkreślana koncentracja uwagi na ma­terialnej stronie egzystencji oraz niski poziom mo­ralny i kulturalny niektórych środowisk rodzinnych. Sprzyja to uaktywnianiu się jednostek posiadających mniej skrupułów, a więcej uzdolnień „praktycznych", więcej sprytu i „zmysłu organizacyjnego" w zakresie zaspokajania własnych potrzeb. Tym zjawiskom towa- rzyszy cofanie się przed presją podobnych osobników tej części społeczeństwa, która przywiązuje wagę tak­że do innych składników życia społecznego, do innych wartości, ale nie znajduje dość siły, żeby się skutecz^ nie przeciwstawiać różnym nieprawidłowościom (drob­ne oszustwa, tzw. kanciarstwo, nadużywanie stano­wisk, protekcje itp.). Obiektywnie trzeba stwierdzić, że nie w każdym przy­padku jest to takie łatwe. Kto „nie dołoży" do wymie­nianych w łazience uszczelek, byle woda nie zalewała jego mieszkania i mieszkania sąsiadów, zajmujących lokal piętro niżej, chociaż wie, że załatwianie tych spraw należy do obowiązków administracji i tylko ona (a nie hydraulik) ma prawo określać wysokość ewen­tualnych opłat? Kto nie zapłaci po raz drugi za trans­port mebli, gdy „fachowcy" od dostarczania ich do domu dojdą do wniosku," że na przykład piętro jest „jakieś nie takie", a schody za wąskie i zgłaszają za­miar powrotu z ładunkiem do bazy? W naszych rozważaniach chodzi jednak o coś więcej, aniżeli tylko o diagnozę niektórych zjawisk społecznie niepożądanych. Chodzi nam przede wszystkim o związ­ki, jakie zachodzą między wychowaniem młodego po­kolenia a sytuacjami społecznymi, które demoralizują dzieci i młodzież, podważają ich wiarę w najcen­niejsze humanistyczne wartości, osłabiają ich własne poczucie godności osobistej. Bez napiętnowania negatywnych zjawisk społecznych, bez ukazywania braków w wychowaniu i ich przyczyn nieprędko zdołamy nadać naszej Reczpospolitej taki kształt stosunków społecznych, aby z pojęciem Polska kojarzyła się uczciwość, rzetelność i fachowość, poczu­cie godności osobistej. Najpiękniejsze i najbardziej naukowe poematy peda­gogiczne niewiele wniosą do zmian w naszej obycza­jowości, którą jeszcze teraz można nazwać w pewnych dziedzinach przejściową, ale która może zakorzenić się głębiej i na długo. Nie wystarczy tu działalność środków masowego przekazu, nie wystarczą silne, jed­noznaczne akcenty w najważniejszych dokumentach państwowych i przemówieniach przedstawicieli władz państwowych i politycznych. Doskonalenie życia spo­łecznego musi się dokonywać również przez proces wy- chowania młodego pokolenia, a temu musi towarzyszyć głęboki nurt refleksji wychowawców, przede wszyst­kim zaś rodziców. To ich dzieci będą żyły w stworzo­nych przez nich warunkach, to one albo przejmą ele­menty zachowań szkodliwych społecznie, albo same staną się ofiarami tych, którzy takie postawy repre­zentują. Dla dobra dziecka trzeba się zdobyć na odwagę przeciwstawiania zjawiskom negatywnym. Trzeba dzie­ci uczulać na te przejawy życia, ukazując równocześ­nie ich źródła, społeczną szkodliwość, możliwość prze­ciwdziałania oraz w gruncie rzeczy ograniczony zasięg zjawisk, mimo siły ich oddziaływania. Przede wszy­stkim jednak nie należy samemu ich demoralizować. Ta końcowa myśl odnosi się do wszystkich wycho­wawców — i do rodziców, i do nauczycieli. W inter­akcjach zachodzących między tymi dwoma środowi­skami (rodzina-szkoła) także występują nieprawidło­wości, a winę za nie ponoszą obydwie strony. Weźmy przykład dobrze znany: prezenty dla nauczycieli. Wrę­cza się je w nieco innych warunkach, aniżeli hydrau­likom czy „specom" od transportu mebli, ale w zasa­dzie chodzi o to samo — ktoś przyjmuje określony ekwiwalent za wykonywanie swoich podstawowych obowiązków. Upominki wręczane przez uczniów opuszczających szkołę wieloletnim wychowawcom w dowód wdzięcz­ności, szacunku i sympatii mają inny wymiar i co innego oznaczają. Ale wiemy, że prezenty daje się również bez żadnej poważnej okazji i nie w dowód jakiegoś szczególnego uznania, że kryją się za tym dość jednoznaczne intencje, sprawa ma tak zwany pod­tekst. Każda tego rodzaju sytuacja godzi w obydwie strony, ponieważ upokarza jedną i drugą. W ramach społecznego współżycia zachodzą różnego rodzaju sprzężenia zwrotne. Zaspokajanie potrzeb i dążeń dużych zbiorowości wiąże się ściśle z naszymi indywidualnymi dążeniami i pragnieniami. Obydwie te dziedziny tak dalece wzajemnie się warunkują, że także w wieku dorosłym wpływ otoczenia na nasze życie odczuwamy nie mniej silnie, jak wówczas, gdy nasza niezależność była ograniczona przez środowiska wychowawcze. Różnie reagujemy, gdy nasz los nie układa się zgod­nie z oczekiwaniami. Zabiegiem dość częstym jest prze­rzucanie całej odpowiedzialności za zaistniałą sytua­cję na innych. To „ktoś" okazał się nielojalny, nie­wdzięczny, źle do nas nastawiony itp. Taki stereotyp reagowania na sytuacje z różnych względów dla nas trudne czy nieprzyjemne wykształca się często już we wczesnym dzieciństwie, pod wpły­wem środowiska rodzinnego. Czy i w jakim stopniu jest to pomocne? Na ile uwal­nia człowieka od cierpienia? Doszukiwanie się przyczyn doznawanych niepowodzeń w czynnikach obiektywnych uwalnia człowieka (w je­go subiektywnym przekonaniu) od poczucia winy za własne błędy i pomyłki. Równocześnie w wyniku prze­mieszczenia uwagi na inny przedmiot wzmocnieniu ulegają pretensje do innych ludzi. Wrogi staje się ota­czający świat, wrogie zaczyna być samo życie. Z psy­chicznego punktu widzenia jest to sytuacja trudna i kryje w sobie wiele niebezpieczeństw. Człowiek sta­je się oparciem sam dla siebie, niczego równocześnie nie zmieniając w swoich postawach, kategoriach my­ślenia, sposobach reagowania. Przedział między jedno­stką a otaczającym ją światem zaczyna się pogłębiać, staje się coraz bardziej groźny. Mechanizm wzajemnego lub jednostronnego kompliko­wania sobie życia jest złożony, a warianty sytuacji i ich uwarunkowań liczne. Można jednak bez większego trudu wyodrębnić najczęściej spotykane źródła postaw społecznie negatywnych, sprzecznych z podstawowymi zasadami socjalistycznej moralności i kultury. Bogatym źródłem postaw o dużej społecznej szkodli­wości są kompleksy, zwłaszcza kompleks niższości. Według ogólnie dostępnych źródeł en­cyklopedycznych jest to odczuwane przez kogoś „po­czucie małej wartości, połączone z wygórowanymi am­bicjami i pragnieniami, których lęk nie pozwala reali­zować" 1. Potocznie zwykło się mniemać, że ludzie z kompleksa­mi są nieśmiali, pozbawieni wiary w siebie, zagubie­ni, „schodzący innym z drogi". Nie dostrzegamy tego, 1 Leksykon PWN, op. cit., s. 543. że występujące u kogoś poczucie małowartościowości może przejawiać się również w postaci agresji, złośliwości, stałego dążenia do po­mniejszania ludzi, ośmieszania ich i dyskwalifikowania. Dla otoczenia nie są obojętne konsekwencje wynikają­ce z czyjejś agresywności, nieżyczliwości i ciągłego ośmieszania ludzi. Cechą najbardziej w tym przypadku społecznie szko­dliwą i wymagającą zdecydowanego przeciwdziałania jest pogarda dla ludzi. Przez okazywanie jej innym osoba z kompleksem niższości, agresywna, stara się za wszelką cenę podbudować samego siebie, wynieść po­nad otoczenie, stworzyć wokół siebie atmosferę swoi­stej adoracji. Fakt, że sama jest śmieszna, ma mniej­sze znaczenie w porównaniu z zagrożeniem, jakie stwa­rza otoczeniu. W sytuacjach, kiedy kompleks niższo­ści splata się z posiadaniem jakiejś władzy (funkcja, stanowisko, większa lub mniejsza możliwość wywiera­nia wpływu na sytuację innych, na opinię o nich), to zagrożenie ulega spotęgowaniu, stwarza atmosferę napięcia, obciąża psychicznie osoby bardziej wrażli­we, może deprawować (i na ogół deprawuje) jednostki o podobnych właściwościach, ale pozbawione okazji do uzewnętrzniania narastającej potrzeby zachowań agresywnych. Omawiane zjawisko zaczyna mieć coraz szerszy zasięg społeczny, stąd też wiele na ten temat publikacji w naszej prasie codziennej i tygodniowej. Na jedną spo­śród wielu chcemy zwrócić szczególną uwagę. Był to artykuł Ireneusza Krzemińskiego pt. „Nieżyczliwość", zamieszczony w 12 nr „Polityki" z 1977 r. Autor in­terpretując zachowania agresywne stwierdza, że „... ma­ją (one) służyć podnoszeniu własnej wartości, wzmoc­nieniu pozytywnej oceny samego siebie. Ludzie nie­życzliwi i agresywni sami egzystują w ciągłym poczu­ciu zagrożenia i niepewności, co do swojej rzeczywi­stej wartości. Dlatego każdy inny człowiek jest dla nich potencjalnie osobnikiem wrogim. Może okazać się lepszy, ważniejszy, mocniejszy...". I. Krzemiński przytacza opinie socjologów, z których wynika, że: „Powszechne w naszym społeczeństwie po­czucie zagrożenia, niepewność co do wartości własnej osoby i trudności z samooceną, można wyjaśnić dyna­miką przemian społecznych, jakie miały miejsce w cią­gu ostatnich trzydziestu lat. Jednym z najistotniejszych elementów tych zmian było bardzo radykalne prze­mieszczenie się w ramach struktur społecznych całych rzesz ludzi. Awans społeczny, zwłaszcza zachodzący gwałtownie, pociąga za sobą niezmiernie istotne skutki psychologiczne. Niestety, nie wszystkie są pozytywne. Gwałtowna zmiana pozycji społecznej, doznawana zwłaszcza przez osobę dorosłą, psychicznie ukształto­waną, rodzi właśnie ową ambiwalentną, niepewną, nie­stabilną samoocenę". Wyodrębniona i dość obszernie zinterpretowana zosta­ła jedna grupa psychicznych uwikłań części społe­czeństwa dorosłych w procesy społeczne. Przedstawio­ny mechanizm zjawiska jest dostępny także potocznej obserwacji. Jednakże nasza struktura społeczna stabi­lizuje się coraz bardziej i zjawiska dające się wytłu­maczyć w ciągu minionych trzydziestu kilku lat nie bę­dą już mogły być objaśniane w sposób identyczny w trzydziestoleciu następnym. Mogą jednak pozostać utrwalone stereotypy zachowań, jeżeli opinia społeczna nie zacznie się temu przeciwstawiać, jeżeli rodzice dla dobra i szczęścia własnych dzieci nie dołożą starań, aby ukształtować ich postawę zgodnie z najbardziej huma­nistycznymi zasadami współżycia. Trudno stwierdzać autorytatywnie, że rodzice z jakichś względów będą chcieli w sposób świadomy i przemy­ślany unieszczęśliwiać własne potomstwo. Życie pod wysokim ciśnieniem zagrożenia ze strony otoczenia, pozbawione poczucia bezpieczeństwa i świadomości własnej wartości nie daje żadnej szansy na realizację marzeń o szczęściu, bez względu na to, jak się je in­terpretuje, natomiast stwarza poważne niebezpieczeń­stwo dla zdrowia psychicznego człowieka. Młode pokolenie, wrażliwe na wszelkie przejawy zła, niesprawiedliwości i wzajemnej wrogości bardzo źle znosi sytuacje zagrożenia, źle znosi konflikty, różne przejawy „oświeconego kanibalizmu". Do tak drastycz­nego sformułowania upoważnia nas fakt bezsporny — stajemy się społeczeństwem coraz bardziej wykształco­nym, o coraz wyższych kwalifikacjach zawodowych, wyższych aspiracjach kulturalnych. Widoczny brak związków między wykształceniem, osiągniętą niejednokrotnie z wielkim nakładem pracy pozycją zawodową dorosłych a ich postawą moralną i społeczną to jedna z przyczyn odrzucania przez mło­dzież przekazywanych norm etycznych, względnie roz­wijania się sceptycyzmu co do ich rzeczywistej roli w życiu społeczeństwa, to także narastająca dezaproba­ta dla świata, w którym się żyje i którego wartości tak często przy różnych okazjach są im prezentowane. Nie doceniamy znaczenia wzorów osobowych, tworzo­nych przez ludzi sytuacji i niekiedy widocznych nawet dla dzieci mechanizmów wzajemnego niszczenia się, zwalczania. Nie zawsze przyczyna tego tkwi w szer­szych procesach społecznych, w braku stabilności struktur, których jest się częścią, w trudności przysto­sowania do nowych sytuacji i towarzyszących im zwiększonych wymagań. W cytowanym artykule („Polityka") I. Krzemiński roz­patruje zjawisko nieżyczliwości również w kategorii właściwości narodowej, powołując się przy tym na Stanisława Witkiewicza, który w opublikowanych w 1936 r. Nieumytych duszach pisał: „... odznaczają się Polacy wprost mistrzostwem we wzajemnym i niczym nie uzasadnionym okazywaniu pogardy — mówię: oka­zywaniu, gdyż w 98 proc. nie mają do tego żadnej przyczyny — ani w swej własnej wyższości (bo ta jest na ogół urojona), ani w niższości swego przeciw-wzgardziciela, którego sztucznie się poniża (przeważ­nie w myślach swych), aby nim skutecznie pogardzać móc. Bo jedynym prawie i niezawodnym środkiem wy­wyższenia się w sposób nieistotny jest pogarda dla drugich" ł. Doszukiwanie się przyczyn omawianego zjawiska oraz ustalanie jego historycznych uzasadnień nie należy do tematu książki. Interesuje nas przede wszystkim to, co sami możemy wnieść do społecznej rzeczywisto­ści. Tworzymy nie bez trudności nowy porządek spo­łeczny, świat, w którym żyć mają nasze dzieci i my ponosimy odpowiedzialność zarówno za to, co im prze­każemy, jak i za ich przygotowanie do współżycia i współdziałania w skali całego narodu, do tworzenia 1 S. Witkiewicz Nieumyte dusze. Warszawa 1975, s. 283. nowych wartości, nowych norm społecznej moralności i obyczajowości. I. Krzemiński zwraca uwagę na fakt o kapitalnym zna­czeniu w procesie wychowania młodego pokolenia. Oto fragment wypowiedzi: „Większość naszych zacho­wań przebiega wedle wzorców, z czego na ogół nie zdajemy sobie sprawy. Od małeńkości jesteśmy przy­zwyczajani i uczeni właściwych sposobów zachowania i stają się one dla nas automatycznie oczywiste". Wyjaśnienia wymaga tu wyraz „właściwych". Z dal­szego toku rozważań wynika, że są one „właściwe" w odczuciu i rozumieniu określonych środowisk i wcale nie muszą być odwzorowaniem zachowań preferowa­nych jako społecznie korzystne i wartościowe. Autor kończy swój artykuł stwierdzeniem: „Człowiek od ma­łego wyposażony we wzór nieżyczliwego zachowania wobec drugiego człowieka nie będzie w stanie uświa­damiać sobie, że ów wpojony wzorzec przeszkadza mu w realizowaniu innych pragnień". Stanowisko to warto omówić szerzej. Zbyt rzadko wią­że się w praktyce wychowawczej rodziny w sposób prawidłowy kształtowanie postawy dziecka wobec świata, innych ludzi z realizacją jego indywidualnych zamierzeń. Rozpowszechnione jest raczej przekonanie, że aby człowiek mógł do czegoś w życiu dojść, musi być „twardy", „bezwzględny", „nieustępliwy" (używamy określeń potocznych zanotowanych w latach 1957— —1966 w trakcie przeprowadzanych z rodzicami wy­wiadów). Przytoczone określenia korespondują ze znanym po­wiedzeniem Geothego, że w życiu jest się albo młotem albo kowadłem. Tak alternatywne ujęcie pozycji czło­wieka w świecie grozi powstawaniem sytuacji zbioro­wego zagrożenia. Nie jest to model społeczeństwa za­sługujący na lansowanie. W każdym razie nie jest on do pogodzenia z koncepcją społeczeństwa socjalistycz­nego, którego charakterystykę znajdujemy w Tezach XIII Plenum KC PZPR: „Socjalizm to pierwszy w dziejach ludzkości ustrój, który umożliwia i realizuje harmonijny rozwój materialny i kulturalny społeczeń­stwa i jednostki, szerokie uczestnictwo w podejmowa­niu decyzji społecznych, kształtowanie się nowej kul­tury i nowej moralności, nowych — opartych na bra- terstwie i przyjaźni stosunków między narodami i mię­dzy ludźmi. Przemiany te stwarzają możliwości bar­dziej wszechstronnego rozwoju osobowości ludzkiej, podnoszenie poziomu socjalistycznego sposobu życia" 1. Nie jest to łatwa do realizacji koncepcja życia zbio­rowego. Nadal wiele w nim nieprawidłowości, a także zjawisk negatywnych. Zwraca się na to uwagę w pod­stawowych dokumentach politycznych: „W życiu nasze­go państwa i narodu dominuje już socjalizm, ale ciągle mamy do przezwyciężenia i w gospodarce, i w świa­domości społecznej — pozostałości po dawnym ustroju i zacofaniu, dawne kompleksy, stare struktury myślo­we i nawyki. Musimy dobrze zdawać sobie sprawę z tego, co w naszym życiu jest postępowe, a co zacofa­ne i wsteczne, co powinniśmy rozwijać, a co zwalczać i usuwać" 2. Zwalczanie wszelkich przejawów ludzkiej nieżyczliwo­ści i pogardy dla drugiego człowieka to jedno z na­czelnych zadań społeczno-wychowawczych. U podstaw zaspokajania indywidualnych dążeń i aspi­racji nie może występować zasada usuwania z drogi ludzi, którzy faktycznie, a częściej tylko pozornie, „z urojenia" wydają się być rywalami; nie jest także do przyjęcia w życiu szerszej zbiorowości dewiza, że osiągnięcie jakiegoś własnego celu usprawiedliwia wszystkie stosowane środki (to, że ktoś ma czworo dzieci lub nadmiernie rozbudzone ambicje przy mniej­szych kwalifikacjach stanowi zupełnie prywatną spra­wę i nie może być usprawiedliwieniem dla krętactw, karierowiczostwa, traktowania miejsca pracy jako własnego folwarku). Odbicie deformacji charakterologicznych jest wielo­stronne. Rzutuje ono bardzo niekorzystnie na stosunki z szerszym otoczeniem, psuje harmonię współżycia w układach prywatnych, wytwarza wokół samego czło­wieka atmosferę niechęci, wrogości, nastawienia na rewanż, lekceważenia, a często także pogardy w pełni uzasadnionej. W przedstawionych warunkach zaspokajanie potrzeb 1 XXX-lecie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Tezy KC PZPR XIII Plenum KC PZPR. Warszawa 1974, s. 96—97. * VII Plenum KC PZPR. Podstawowe dokumenty i ma­teriały. Warszawa 1973, s. 46—47. psychicznych człowieka staje się z czasem coraz bar­dziej utrudnione. Można zaspokoić potrzebę domina­cji (górowania nad innymi), ale będzie to tylko domi­nacja wynikająca z aktualnie posiadanej przewagi i w każdej chwili można ją utracić. Nie towarzyszy jej społeczny szacunek, aprobata, zaufanie innych ludzi. Koncentracja uwagi na utrzymaniu pozycji górowania nad otoczeniem obciąża również psychicznie osobę bez­pośrednio zainteresowaną. Poczucie zagrożenia, nie­ufność w stosunku do otoczenia, potęgująca się drażli-wość na własnym punkcie zakłócają wewnętrzną rów­nowagę człowieka i podkopują jego zdrowie psychicz­ne. Niekiedy odbijają się również bardzo niekorzystnie na ogólnej kondycji fizycznej. Dążenie do dominacji może być także odbiciem zawy­żonej samooceny, czyli mniej lub bardziej uzasadnio­nego przekonania o własnej wyższości nad otocze­niem. W języku potocznym nazywa się to zarozumia­łością, zadufaniem w sobie, mówiąc drastyczniej — bufonadą. Zarozumiałość jest cechą źle widzianą przez otoczenie, dyskwalifikuje jednostkę, ośmiesza ją, natomiast w układach społecznych jest mniej groźna aniżeli agresja towarzysząca kompleksowi niższości. Człowiek zadufany w sobie jest na ogół pozbawiony samokrytycyzmu lub też jego dyspozycje do krytycznej samooceny są znacz­nie ograniczone. Ponieważ jednak sam nie znajduje się pod ciągłą presją poczucia zagrożenia występujące u niego lekceważenie innych wynika nie tyle z wro­gości do ludzi, co z ich bagatelizowania, niedostrzega­nia. Otoczenie nie składa się w tym przypadku z wro­gów, mechanizm selekcji jest prostszy — nie składa się ono po prostu z partnerów, których obecność mo­głaby coś oznaczać. W tym tkwi główne źródło kon­fliktów społecznych, w jakie popadają osoby o zawy­żonej samoocenie. Nikt bowiem nie lubi okazywanego mu lekceważenia, nawet jeżeli nie kryją się za nim żadne nieprzyjazne intencje. Zarozumiałość drażni, jest dla otoczenia męcząca, niekiedy utrudnia całkowicie porozumienie się. Nie jest łatwe podejmowanie dysku­sji z kimś, kto wie wszystko najlepiej. Przejmowanie negatywnych wzorów zachowań oraz deformacje charakterologiczne przyczyniają się do powstawania sytuacji, w których nie jest możliwa rea­lizacja socjalistycznego sposobu życia; nie jest także możliwe zaspokajanie najistotniejszych z punktu wi­dzenia szczęścia potrzeb człowieka. W wyposażaniu w zasady moralne i kulturalne wzory zachowania większą rolę ma do spełnienia rodzina aniżeli instytucje wychowania planowego. Swoiste sprzężenie zwrotne, jakie zachodzi w relacji rodzina--szkoła, polega między innymi na tym, że niektóre zadania wychowawcze lepiej lub wyłącznie spełnia szkoła, inne należą do rodziny, a szkoła jedynie po­szerza i pogłębia proces doskonalenia wychowania. W wymienionym układzie nikt niczego nie może prze­rzucać na drugiego partnera bez szkody dla dzieci i młodzieży.