ZNACZENIE DOŚWIADCZEŃ WYNIESIONYCH Z DOMU RODZINNEGO
W zasadzie wszyscy wiedzą, czym jest rodzina w życiu dziecka, a mimo to dla praktyki wychowawczej nie wynika z tego tak wiele, jakby należało się spodziewać. Do najważniejszych przyczyn zaliczyć można to, że posiadana wiedza ma charakter zbyt ogólny, aby była użyteczna w organizowaniu oddziaływań na dziecko na co dzień i przez wiele lat życia, .oraz że niemal w każdym przypadku wkład rodziny vr wychowanie interpretowany jest bardzo dowolnie. Decydują tu własne doświadczenia rodziców, ich wyobrażenia o obowiązkach wobec dzieci, ich indywidualna wizja „szczęśliwego dzieciństwa" (o czym już wspominałam), wreszcie warunki, w jakich rodzina żyje, w tym przede wszystkim sprawy dotycząca bezpośrednio dorosłych: wzajemne stosunki, osobiste ambicje i dążenia, zainteresowania i obowiązki pozarodzinne, a także intelektualny, moralny i kulturalny poziom rodziców. Duża ilość czynników wyznaczają-cych zarówno model rodziny, jak i jej działalność jako środowiska wychowawczego, sprawia, że nawet przy najlepszych zamierzeniach i chęciach wiele problemów ściśle związanych z wychowaniem wymyka się uwadze dorosłych lub są one błędnie oceniane, chociaż trudno mówić o błędach w sytuacji, gdy pewne
rzeczy są nieuświadamiane czy nie stanowią przedmiotu jakiejkolwiek refleksji.
Jedną z takich spraw są właśnie wynoszone z domu rodzinnego doświadczenia dzieci. Nie zdajemy sobie sprawy w stopniu dostatecznym z tego, że wszystko, co do dziecka dociera, z czym się ono styka, daje zapis w psychice, niekiedy bardzo trwały. Jest to tym dziwniejsze, że do doświadczeń dorosłego człowieka przywiązujemy dużą wagę, nadajemy im odpowiednią rangę, są one wizytówką życiowego wyrobienia, lepszej orientacji w wielu sprawach, wyższych kwalifikacji. Odwoływanie się dorosłych do własnych doświadczeń stanowi często znaczący argument w podejmowanych dyskusjach, w realizacji jakichś zamierzeń. Natomiast gromadzonych przez dziecko doświadczeń nie dostrzegamy lub bagatelizujemy je, podobnie zresztą jak bagatelizujemy jego zmartwienia. Niemal powszechne jest przekonanie, że kilkuletni czy kilkunastoletni mały człowiek nie może mieć zmartwień, a jeżeli nawet je ma, to są to drobiazgi, które nie zasługują na uwagę. W tej jednej kwestii człowiek dorosły stawia znak równania między sobą i dzieckiem, świadomie lub nieświadomie porównując własne problemy z tym, co jest przedmiotem jego troski czy przygnębienia. Rodzi to często pierwszy rozdźwięk między dzieckiem a dorosłymi, pierwsze przejawy braku zaufania do nich, świadomość, że w sytuacjach trudnych jest się pozostawionym samemu sobie. Rozważmy niektóre wpływy rodziny ważne z punktu widzenia gromadzonych przez dziecko doświadczeń. Pierwszą płaszczyznę doświadczeń stanowią kształtujące się od najwcześniejszych lat życia wyobrażenia dziecka o sobie. Zdobywana w kontaktach społecznych, poprzez wymianę informacji, przez dokonywanie porównań wiedza o sobie nie jest czynnikiem obojętnym w kształtowaniu się późniejszej postawy człowieka, jego cech charakterologicznych, jego osobowości w ogóle. Toteż może niepokoić to, że pierwsze opinie o sobie, z jakimi się człowiek styka, mają charakter bardzo powierzchowny, jest w nich szablonowość, nierzadko tendencyjność. Wobec dzieci stosuje się kryteria oceny, które byłyby żenujące w ocenach dorosłego człowieka. Pierwsze publicznie wymieniane uwagi o dzieciach
7 Szczęście dziecka
(i na ogół przy dzieciach) odnoszą się do urody. Dziecko wcześnie dowiaduje się, czy jest „ładne", czy „brzydkie". W tej nic nie znaczącej płaszczyźnie rozgrywają się pierwsze eliminacje, chociaż w sferze ocen nie jest istotne, że ktoś jest ładny czy brzydki. „Ładny" to nie są żadne kwalifikacje ani u dziecka, ani u osoby dorosłej. „Brzydki" człowiek może być bardzo wartościowy, w pełni zasługujący na szacunek. Próżność dorosłych podsuwa kryteria oceny pozbawione jakiejkolwiek głębszej treści. Niekiedy tłumaczy się to zdeterminowaniem konwencją — nie wypada nie pochwalić cudzego dziecka. Ale chwalenie ze względów grzecznościowych to tylko jeden z elementów oceniania, które funkcjonuje w bardzo szerokiej skali. W układach najbliższego powiązania dzieci są chwalone za wygląd także z innych względów. Działa tu niekiedy ambicja rodziców, tak zwane zaślepienie uczuciem, względnie wyobrażenia dorosłych o urodzie lub jej braku. Bez względu na przyczyny formułowanie w tej dziedzinie nieprzemyślanych ocen (dodatnich czy ujemnych) może wyrządzić wiele złego. Pochopne i powierzchowne opinie i oceny dotyczą również uzdolnień dziecka, jego różnych właściwości psychofizycznych, a zwłaszcza charakteru. Z tego źródła pochodzą podziały na dzieci „dobre" i „złe", „udane" i „nieudane".
Owe oceny orientują dziecko w stosunku rodziców, wyznaczają jego pozycję zarówno w świecie dorosłych, jak i w.środowisku rówieśników, mają duży wpływ na kształtowanie się stosunku dziecka do siebie. Omówienie wszystkich czynników wpływających na kształtowanie się stosunku człowieka do siebie mogłoby być przedmiotem osobnego opracowania — tak obszerny jest to problem. Skoncentrujemy się jedynie na tym okresie rozwoju, który pozostawia najsilniejsze i najbardziej trwałe ślady: na dzieciństwie i dorastaniu.
Nim jednostka osiągnie taki stopień dojrzałości intelektualnej, emocjonalnej i społecznej, że potrafi sama ocenić siebie w sposób względnie obiektywny, jej wyobrażenia o sobie wyznaczają inne czynniki. One również tworzą wokół dziecka określony klimat, który stopniowo coraz bardziej nasyca atmosferę domu, rzu-
tuje na atmosferę wokół dziecka w szkole, przepowiadaną dziecku przyszłość.
Mimo deklarowanego przez rodziców pragnienia szczęścia dziecka zapomina się często o tym, że nie należy niczego pochopnie i przedwcześnie przesądzać, że trzeba rozwój dziecka wspomagać i ukierunkowywać, że trzeba się liczyć z jego odrębnością, jego aktualnymi możliwościami po to, aby je wzbogacać i poszerzać, nie ustawiając równocześnie przysłowiowej „poprzeczki" ani zbyt wysoko, ani zbyt nisko. Dziecko jest w stanie osiągnąć z czasem więcej, aniżeli wskazywał na to jego rozwój w okresie dzieciństwa czy dorastania, jednak proces wzrostu i rozwoju nie może przebiegać w atmosferze napięcia, wywierania presji i nerwowego oczekiwania na natychmiastowe efekty. Badając sytuacje dzieci i młodzieży, które w pewnych okresach sprawiały trudności lub tylko nie były w stanie sprostać stawianym im wymaganiom, czy nie spełniały wiązanych z nimi oczekiwań,, stwierdza się często, że wytworzona wokół dzieci atmosfera stanowi dodatkowy, poważny czynnik komplikacji, niekiedy tak silny, że daremne okazują się wszelkie podejmowane środki wychowawcze. Zła atmosfera blokuje dziecku możliwość poprawienia się lub zmienienia czegokolwiek. Ponadto całkowicie wypacza u niego obraz samego siebie.
Niezależnie od sytuacji, w jakiej się dziecko znajduje z własnej winy lub z winy innych osób (trudności mogą być spowodowane także przez dorosłych czy rówieśników), szybko traci ono poczucie wartości, nabiera przekonania, że jest gorsze lub mniej udane, przeżywa uczucie lęku, zagrożenia, ośmieszenia i upokorzenia. Wymienione odczucia i stany powodują obciążenie psychiczne, od którego uwolnienie się w tym wieku jest ponad siły dziecka. W sytuacjach szczególnie trudnych załamują się również ludzie dorośli, a przy bardzo złym samopoczuciu ich reakcje także mają często charakter nieprawidłowy. Staramy się to w różny sposób wytłumaczyć, nie oburzamy się, nie gorszymy. Zła forma psychiczna stanowi okoliczność, która wiele wyjaśnia. Jednak wobec dzieci i młodzieży stosujemy inne kryteria oceny, inną miarę. Mówiąc najogólniej żądamy od nich wyłącznie postaw pozy-
tywnych, sprostania wszelkim trudnościom, zakładając, że są one w stanie podołać wymaganiom, szczególnie wówczas, gdy rodzice otaczają dziecko opieką i darzą je uczuciem. Pomijamy zupełnie trudności wzrostu i związane z nimi problemy dorastającej młodzieży; pomijamy trudności wynikające z braków organicznych, a także nie dostrzegamy konsekwencji nieprawidłowości w funkcjonowaniu podstawowych środowisk wychowawczych (rodziny, szkoły), popełnianych przez nie błędów.
Przekonanie, że jeżeli dziecko ma „wszystko", to powinno sprostać stawianym mu wymaganiom, jest często rejestrowanym w badaniach schematem myślowym, bardzo komplikującym proces wychowania młodego pokolenia, a w indywidualnych przypadkach brzemiennym w poważne konsekwencje. Rodzicom dostarcza wielu trosk, niekiedy załamuje ich, rodzi poczucie życiowej przegranej, ponieważ dziecko, w ich przekonaniu, nie spełniło wiązanych z nim oczekiwań. Dziecko płaci za to niejednokrotnie całym życiem, jeżeli nabierze pewności, że już u jego progu coś się zaczęło łamać, sam start wypadł zdecydowanie niekorzystnie i zaprzepaszczone zostały wszelkie szanse. Rzadko zwraca się uwagę na to, że wychowując można wyrządzić dziecku dużą krzywdę także, gdy intencje są najlepsze. O krzywdzie może być mowa wówczas, gdy w okresie dzieciństwa lub dorastania wygaszona zostanie dyspozycja do przeżywania radości, zniszczona zostanie wiara we własne siły, własne życiowe możliwości i szanse. „Nikt nie może czuć się zarazem odpowiedzialny i pozbawiony nadziei" — powiedział Saint-Exupery. Warto o tym pamiętać. Nieprzypadkowo więc ten fragment książki zawiera w tytule wyraz „doświadczenia", a nie na przykład „przeżycia" dziecka. Użyliśmy go celowo, wychodząc z założenia, że pozwala on na szersze ujęcie omawianego tematu. Określone sytuacje, w jakich znajduje się dziecko, wiedza, jaką wówczas zdobywa o sobie, o otaczającym świecie, konsekwencje, jakie w wyniku ich ponosi, to, co w związku z nimi przeżywa, gromadzi się tworząc właśnie zrąb pierwszych doświadczeń życiowych w znaczeniu ogólniejszym. Dzieci i młodzież, 100 którym z różnych przyczyn coś się nie udaje, które
mają świadomość, że kogoś zawodzą, popadają w uwikłanie, na które składa się niezadowolenie z siebie i otoczenia, żal i pretensje, poczucie niesprawiedliwości i poczucie winy. Te odczucia i stany, często sprzeczne ze sobą, kształtują postawę wobec życia, wobec siebie i otoczenia. Dostrzegamy różne jej przejawy i ponownie poddajemy je ocenom, z reguły jeszcze bardziej krytycznym, obciążającym dziecko. Najmłodsze pokolenie widzi błędy popełniane przez dorosłych, ich nieporadność w różnych życiowych sytuacjach, ich niepowodzenia i trudności, a także ich wady. Rejestruje również to, że dorośli dysponują bogatymi możliwościami tłumaczenia wielu rzeczy w sposób dla nich korzystny, że potrafią usprawiedliwiać nawet to, czego usprawiedliwić nie można. Czy dzieci są bezwzględne w sposobie oceniania rodziców? Ma to miejsce tylko wtedy, gdy rodzice w każdej sytuacji i bardzo autorytatywnie stawiają siebie za wzór, zapominając,- że dziecko dysponuje pewną wiedzą o nich, że także wyrobiło sobie już jakiś sąd w pewnych sprawach. Wówczas zarzucają mu zakłamanie, obłudę, dziecko jest skłonne do odrzucania wszystkiego, co dorośli mówią, czego wymagają. Ale równocześnie wystarczy, żeby rodzice zmienili ton, żeby zeszli z „piedestału" i podjęli spokojną rozmowę, wykazując zrozumienie dla problemów i trudności dziecka, ono także zmienia swój stosunek do nich. W badaniach stwierdziłam wielokrotnie, że dzieci przejawiają wiele tolerancji dla różnych braków i wad rodziców, że są skłonne do stawania w ich obronie, chętnie zapominają nawet o przykrych sytuacjach. Wynika to z bardzo silnej potrzeby bliskości psychicznej z dorosłymi, z potrzeby oparcia w osobie starszej, bardziej doświadczonej, chociaż wcale nie „doskonałej". Austriacki pisarz Franz Werfel wyraził myśl, która najlepiej oddaje sens tego, o czym mówimy: „Niedoskonałość, która nas dzieli, nie jest ani w przybliżeniu tak wielka jak niedoskonałość, która nas łączy". Zrozumienie tego faktu stanowi jedną z „tajemnic" bliskiego kontaktu z dzieckiem. Sprawę komplikuje błędna interpretacja czynników, które wyznaczają autorytet dorosłych.
Autorytet kojarzy się niesłusznie z przewagą, domina-
cją i siłą. Te trzy elementy wymagają podbudowania „mitologią". Starsze pokolenie zawsze ma wiele okazji do jej rozbudowania. Zapomina się przy tym, że nic bardziej nie zakłóca współżycia w rodzinie, jak wychodzenie przy każdej okazji od powszechnie znanych stwierdzeń: „ja w twoim wieku...", „za moich czasów..." itp.
Wprowadzanie porównań, szczególnie gdy sytuacje z różnych względów są nieporównywalne, drażni i rodzi sprzeciw. Nie przynosi również pożądanych rezultatów wychowanie, w trakcie którego daje się dziecku do zrozumienia, że jest gorsze, że w lepszych warunkach stać go na mniej, że sprawia tjdko zawody, rozczarowuje. Takie postawy rodziców dostrzega się w niektórych rodzinach. One to rodzą niepożądane zachowania i sytuacje wśród młodzieży.
Nie ma zjawisk wśród młodzieży, które nie wiązałyby się w jakiś sposób ze światem dorosłych. Niekiedy te związki mają charakter bardzo złożony i trudno je ustalić wprost bez wnikliwej wieloaspektowej analizy. Alkoholizm, narkomania czy przestępczość występują również wśród dorosłych. W postawach niektórych osób tkwi źródło przyjętego przez tak zwanych gitow-ców podziału ludzi na „frajerów" i tych „mądrych", „silnych". Oni nadali jedynie zjawisku kształt dostosowany do możliwości i wyobraźni nastolatków, chociaż pewne stosowane metody znęcania się nad słabszymi nie są oryginalne.
Analiza środowisk rodzinnych młodzieży, którą charakteryzują wymienione cechy i reakcje, dostarcza wielu informacji dotyczących funkcjonowania tych rodzin, postaw rodziców lub dorosłych z szerszego otoczenia.
U podstaw różnego rodzaju niepożądanych manifestacji ze strony młodzieży tkwi silnie odczuwana potrzeba zaakcentowania własnego istnienia, siebie, swojej odrębności. Niedojrzałość oraz presja trudnej sytuacji osobistej powodują dokonywanie wyboru tego, co jest w zasięgu ręki, najłatwiejsze, dające chociaż złudzenie wyjścia z impasu. Mamy dzieciom za złe, że sięgają po to, co najłatwiejsze, że uciekają od swoich trudności. Czy jednak człowiek dorosły nigdy tego nie robi,
jeżeli zaczyna mu brakować sił lub nie widzi dla siebie innych możliwości? Czy sami w procesie wychowania nie uciekamy się także do środków nie tylko łatwych, ale i prymitywnych, na przykład zamiast szukać przyczyn trudności i niepowodzeń dziecka sprawiamy mu „solidne lanie" lub robimy awanturę, w trakcie której wymawiamy mu wszystko, co dla niego zrobiliśmy, kreślimy ponurą wizję jego przyszłości? Uciekanie się do sposobów „łatwych" w różnych życiowych sytuacjach stanowi mechanizm dość powszechnie stosowany i ma swoje różne uzasadnienia, chociaż nie należy do środków pożądanych i skutecznych, przynajmniej w dziedzinie wychowania. Toteż wychowawcy wiedząc o tym i zdając sobie sprawę z konsekwencji tego rodzaju zabiegów muszą umieć w sposób rozważny przeciwdziałać powstawaniu sytuacji szkodliwych dla całego procesu rozwoju i wychowania. Jedną z podstawowych zasad działania jest dążenie do przywrócenia równowagi między uwidaczniającą się postawą wychowanka, jego trudnościami i możliwościami ich stopniowego pokonywania. Powinni oni również mieć na uwadze to, że odwrócenie się dziecka od domu i szkoły wynika z silnie odczuwanej potrzeby oparcia w jakimś innym środowisku, grupie, która go zaakceptuje. Kierują go w tę stronę między innymi konflikty z dorosłymi, ich ciągłe pretensje. W nowej grupie szuka możliwości rozładowania napięć i chociażby pozornego potwierdzenia swojej wartości. Czasami wystarcza sama świadomość, że jest się członkiem zbiorowości, która czemuś się przeciwstawia. Sam przedmiot sprzeciwu jest już często mniej istotny.
Zdobyte doświadczenie może utwierdzać dziecko w przekonaniu, że na dorosłych nie należy liczyć. Demagogią są apele o zwracanie się ze wszystkim do rodziców czy nauczycieli, jeżeli praktyka wskazuje, że nie można się do nich zwracać, ponieważ albo tego nie chcą, albo nie potrafią podjąć rozmowy i nadać jej spokojnego, rzeczowego charakteru. Nie chodzi tu o „głaskanie", rozczulanie się, pocieszanie czy litowanie się. Rzecz także nie w zmniejszaniu wymagań, jeżeli wiadomo na pewno, że są na miarę dziecka. Potrzebna jest właśnie spokojna, rzeczowa rozmowa, taka, jaką
my dorośli chcielibyśmy odbyć z kimś, kto miałby nam służyć radą.
Wielu błędów uniknąłby niejeden dorosły człowiek, gdyby w swoich „szczenięcych latach" mógł zwrócić się ze wszystkimi problemami do rodziców. Wchodziłby w życie wzbogacony o ich doświadczenia, ich życiową mądrość. Większość niepowodzeń i „przegranych" dorosłych ma swoje źródła we wczesnych latach życia. Czas zaciera niektóre wspomnienia, obrazy nakładają się na siebie, skraca się dystans do wielu spraw, tym niemniej w świadomości tkwi przekonanie wyrażone w cytowanym już powiedzeniu Goethego „wszystko ułożyłoby się znakomicie, gdyby można było rzecz powtórzyć".
Prawdziwym szczęściem dziecka w rodzinie jest ta właśnie możność odwoływania się do rodziców zawsze wtedy, kiedy jego dziecięcy, a potem młodzieńczy świat zaczyna się chwiać, kiedy gromadzą się nad nim chmury.
Na nic się zdają wszelkie materialne wyrazy uczuć rodzicielskich, jeżeli nie są oni pierwszymi, najwierniejszymi, mądrymi i wymagającymi przyjaciółmi. Z tej przyjaźni wynika tak potrzebny autorytet, prawdziwy autorytet; owa przyjaźń pozwala na przejmowanie od rodziców wartości moralnych, służy dążeniu do wzbogacania własnej osobowości.
Stosunki łączące dziecko z rodzicami to drugie źródło doświadczeń, w oparciu o które zaczyna się kształtować jego stosunek do innych ludzi; to, czy będzie ono miało do nich zaufanie, czy stanie się nieufne; czy potrafi nawiązywać szersze kontakty społeczne, czy też będzie od nich stroniło.
Dla społecznego wychowania młodego pokolenia rodzinna szkoła współżycia i współdziałania ma kapitalne znaczenie. Podkreślał to 2400 lat temu Arystoteles w swojej Etyce nikomachijskiej. W rodzinie rozwijają się u dziecka takie dyspozycje, jak życzliwość, szacunek dla innych, gotowość do podejmowania wspólnych działań, poczucie solidarności. Tu także dziecko uczy się właściwych sposobów reagowania i zachowania, nabywa to, co potocznie określa się mianem obycia, ogłady, która daje tak cenną w dorosłym życiu swobodę zachowania (bycia), jedna sympatię i uznanie
otoczenia. Starsze pokolenie zna określenie „kinder-stube". Oznaczało ono dobre podstawy wychowania wyniesione ze środowiska rodzinnego, przede wszystkim ogładę i kulturę w sposobie zachowania się. Jeżeli u dziecka, a potem człowieka dorosłego, nie występują wymienione wyżej cechy, to jest to wyraz zaniedbań wychowawczych lub niskiego poziomu kulturalnego domu, w którym się wychowywał. Parafrazując włoskie przysłowie, można powiedzieć, że tylko „ten ma dobry cień, kto się opiera o dobre drzewo". „Drzewem", z którego człowiek wyrasta, jest. jego dom.
Dzieci od najmłodszych lat powinny uczyć się obcowania z dorosłymi. Tam, gdzie przeszkadzają one rodzicom lub gdzie w obrębie rodziny pozwala się im na wszystko, taka umiejętność nigdy się nie wykształci. Jak liczne są braki w tej dziedzinie, łatwo zaobserwować na przykład na rodzinnych wczasach czy też podczas wizyt w domach, gdzie są dzieci. Porównanie jest niewątpliwie rażące, ale dorośli potrafią nauczyć psa zachowania się między ludźmi. Oczywiście jest w tym element tresury, jednak uważa się za celowe przyzwyczajanie go do pewnych rzeczy. W stosunku do dzieci lepiej nie próbować „tresowania", ponieważ w ten sposób okalecza się je. Czy jednak nie powinno się rozwijać u dziecka umiejętności takiego obcowania z dorosłymi, aby nie tylko wzajemnie sobie nie przeszkadzać, ale umieć wspólnie odpoczywać i wspólnie się bawić?
Nasze dzieci są nieobyte, nie przyzwyczajone do przebywania razem z dorosłymi, do kulturalnego zachowania się w ich towarzystwie. Prawdopodobnie w obecności samych rodziców korzystają z nadmiernej swobody. Rodzice w obecności osób trzecich usiłują „nadrobić" zaniedbania i braki w wychowaniu dziecka, ale ze zrozumiałych względów wychodzi to niezręcznie, jeszcze bardziej denerwuje. Trudno w sytuacji napiętej i kłopotliwej opanować umiejętność, którą powinno się posiadać na co dzień, w zwyczajnych, normalnych, domowych warunkach. Mówi się, że przyzwyczajenie jest drugą naturą. Do kulturalnego obcowania z ludźmi, także z najbliższymi, trzeba się przyzwyczajać od wczesnego dzieciństwa.
Istotne źródło doświadczeń dziecka ważnych z punktu widzenia kształtowania się jego postaw rodzinnych czy postaw wobec życia rodzinnego to obserwacja współżycia dorosłych członków rodziny. Wprawdzie w badaniach czy sondażach młodzież kreśli piękne wizje własnego przyszłego życia rodzinnego, ale w opisach rodzin, w których się wychowywała, sporo jest akcentów dezaprobaty. Dotyczy ona występującego braku wzajemnego zrozumienia, niekiedy braku chęci wniknięcia w sprawy i problemy współmałżonka, gwałtownych reakcji w sytuacjach spornych, widocznego znużenia sobą, także znużenia życiem rodzinnym, zbyt silnego nastawienia na dostrzeganie wyłącznie trudności i nie docenianie tego, co jest w życiu rodziny wyrazem osiągnięć, co jest dobre, miłe. Młodzież chciałaby mieć dom pogodny, spokojny, nasycony atmosferą bezpieczeństwa i radości z tego, że jest się razem. Tak to przynajmniej wygląda w świetle zgłaszanych deklaracji. Odczuwane braki wzmacniają tendencję do nadmiernego idealizowania przyszłej własnej rodziny, co nie wydaje się bezpieczne, jeżeli zważyć, że wyniesione z domu rodziców przygotowanie do tworzenia własnego modelu życia prywatnego, odpowiadającego aktualnym warunkom oraz indywidualnym potrzebom małżonków, nie jest raczej zadowalające. Wreszcie usunięcie z życia rodziny wymienianych przez młodzież zjawisk niepożądanych wymaga umiejętności oraz określonych dyspozycji młodych ludzi. Można mieć wątpliwości co do tego, czy wobec i tu występujących braków wyidealizowana wizja rodziny, którą się założy, nie będzie przekraczała rzeczywistych możliwości obojga zainteresowanych. Nie wiemy ponadto, czy nie da o sobie znać przyzwyczajenie do pewnych sposobów reagowania, zachowania się (owa „druga natura"), czy nie będą odwzorowywane pewne schematy rodzinnych Układów.
Wymieniliśmy tylko niektóre doświadczenia dziecka wynoszone z domu rodzinnego. Te właśnie wydają się być najbardziej znaczące z indywidualnego punktu widzenia, chociaż są także inne ważne płaszczyzny oddziaływania na młode pokolenie. Dom kształtuje stosunek człowieka do pracy, wykonywanego zawodu,
związanych z nim obowiązków. O stosunku do wartości i wzorach osobowych stwarzanych przez dorosłych mówiliśmy już wcześniej. Warto może tylko silniej zaakcentować myśl zawartą w starożytnej maksymie, że „prywatne cnoty tworzą publiczne obyczaje". Rozwijają się one najlepiej i najpełniej w warunkach rodzinnej intymności. Raczej trudno czuć się szczęśliwym nie wynosząc z dzieciństwa i wczesnej młodości zasad, które będą ukierunkowywały postępowanie człowieka dorosłego.